Młoda kończy znamienne 16 lat ,więc tradycyjnie rodzinna feta,dzikun na stół i mamunia czyli ja,robi torta. Torta robię zawsze sama ,i z reguły dla Młodej jest to tort z czekoladowego ciasta z przepisu na tort sachera ,krem z bitej śmietany i kupa świeżych malin. Porażka zaczęła się od braku malin. Wczoraj wywiało, nie było ich nigdzie,wszystkie zeżarte na krzakach,w sklepach i warzywniakach ani śladu. Koncepcja zmieniła się na jagody. Sytuacja podobna....no co jest grane ,w piątek gdzie się nie obejrzałam ,tam stali z jagodami,mało mi z szafy nie wyskakiwali. A w sobotę nikogo. Następna zmiana koncepcji na borówkę. Bogu dzięki była w biedronce.
I coś mnie podkusiło ,żeby kupić tam śmietanę 30% i serek mascarpone na krem. Piszę tak ,bo ze dwa tygodnie temu ,tamże ową śmietan zakupiłam i mimo trzymania jej w lodówce,wiadomo ,żeby się ubiła, zwarzyła się. Klops. Dziś rano wkurzona jak rzadko( nocne uganianie się za duchem ,o czym zaraz ,bo to dopełni obrazu porażki) zabrałam się za tort. A raczej krem bo ciasto wczoraj upieczone ,udało się na całe szczęście,zresztą ,żeby to ciasto zepsuć trzeba być już specjalistą w tych sprawach. Zmiksowałam sobie schłodzony serek, zmiksowałam sobie schłodzoną śmietankę. Łącze to sobie delikatnie łopatką, a cholerstwo się warzy!!!! No myślałam że mnie szlag trafi!! Masa do kanalizacji ,mąż do sklepu, próba nr 2. Pomyślałam sobie ,dodam jeszcze do kremu białej czekolady ,będzie lepszy. I biorę tę czekoladę, firmy znanej A G,wrzucam na kąpiel wodną,a ona zamiast się rozpuszczać ,zbija się w jakąś cholerną bryłę????! No nie wierzę!! Dobra ,wracam do planu pierwotnego . Wyjmuję mocno schłodzoną śmietankę ,tym razem łaciatą,zaczynam ubijać ,a ona nic. To znaczy ubiła się ,ale nie na sztywno ,tylko tak lekko rzadko. Ręce i wszystko mi opadły....... Dokończyłam ten cholerny krem ,na wszelki wypadek dodałam żelatyny, wysmarowałam tort, poutykałam borówki i do lodówki. Zetnie się myślę. Acha żeby nie czasem... Po kilku godzinach w lodówce nie stężał ani trochę. Bogu dzięki ,że jakoś wyglądał i smakował.
W nocy zaś przydarzyła nam się sytuacja dość niezwykła. Gdzieś nad ranem, w każdym razie ciemno było. Drzwi od sypialni zawsze zostawiam uchylone ,bo Kaziu łazi wte i nazad,to siku to na nocną wyżerkę. No więc są uchylone. Drzwi są z rodzaju tych nowych i nigdy nie skrzypiały. A w nocy obudziło mnie skrzypienie . Wiatr myślę sobie ,ale patrzę drzwi balkonowe i okno zamknięte. Przez głowę mi przemknęła myśl ,że mój małż zwariował ,zamykając okno w taki upał. Po chwili myśl ,no to co rusza drzwiami?? Kaziu?? Śpi w szafie ,widzę jego odnóża, Bimber?? Siedzi na kołdrze...drzwi się nie ruszają ,a skrzypią,jakby ktoś nimi ruszał ,tylko tak na granicy tego dźwięku....więc niewiele myśląc szarpię Maćka
-" Słyszysz??"
- " No słyszę.."
To skrzypienie było nie przerwalne ,tak yyyy iiii yyy iiii....no masakra... I chyba jeszcże do otumanionego snem mózgu nic nie dotarło ,bo wstałam ,otwieram drzwi.....
I nic. Cisza spokój, noc.
Więc tup tup do łóżka . Rano przyszła refleksja ,co to było??? Najdziwniejsze jest to ,że próbowaliśmy ruszać tymi drzwiami na wszelkie sposoby i one w ogóle nie skrzypią.
Więc wniosek jest jeden . Albo upał na mózg nam się rzucił,obopólnie . Albo "coś"nam się zalęgło. Nigdy wcześniej nic się takiego nie działo. Ale dwa dni wcześniej małżonek szanowny przytargał do domu tremo ,które lat ze 25 stało u ciotki w piwnicy. Po prababci. Prezentuje się ,jak na warunki ,w których było całkiem nieźle. Mamunia stwierdziła ,że to pewnie przez lustro, bo stało w pokoju ,gdzie prababcia Mila umarła. No super. I dodam ,że w duch nie wierzę,mocno po ziemi stąpam....yyyy chyba.
A gdyby mimo wszystko chcielibyście skusić się na zrobienie tortu ,podaję przepis. Jak do tej pory przez 16 lat zawsze wychodził :)
Składniki na ciasto:
140g masła
160g cukru
180g czekolady gorzkiej
8 jajek
30g cukru pudru
140g mąki pszennej
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
Skłasniki na krem:
500 ml śmietanki 30% lub 36 %
300 g mascarpone
Opcjonalnie 200 g białej czekolady.
Owoce: maliny,jagody lub borówki dosyć dużo....
Czekoladę połamać na kawałki i roztopić w kąpieli wodnej. Pozostawić do ostygnięcia (ale musi być jeszcze płynna).
Oddzielić białka od żółtek.
Miękkie masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Dalej miksując dodać stopniowo ostudzoną czekoladę. Nie przerywając miksowania dodawać po jednym żółtku.
Białko ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania dodać cukier puder. Białka wmieszać delikatnie do masy czekoladowej. Łopatką.
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia. Wmieszać delikatnie do masy.
Ciasto przełożyć do tortownicy o średnicy 26cm wysmarowanej masłem lub margaryną i posypanej mąką.
Piec w nagrzanym piekarniku ok. 60 min. w temperaturze ok 180 C. Ciasto pozostawić do ostygnięcia. (Można ciasto lekko ostudzić, a następnie odwrócić je do góry dnem, na blat wyłożony papierem do pieczenia. Jak ostygnie to przecinam delikatnie na trzy blaty.
Krem: mocno schłodzone mascarpone ucieramy mikserem. Osobno ubijamy śmietanę na sztywną (!!!) masę. Delikatnie mieszamy łopatką ,aź się ładnie połączą. Włożyć do lodówki na jakąś godzinę,żeby się schłodziło.
Jedną warstwę ciasta smaruję konfiturą pomarańczową ,lub jaką lubimy. Biorę garść jagód/ borówek/ malin i z pół szkalnki cukru, na patelnię,chwilę trzymam na ogniu aż owoce puszczą sok a cukier się rozpuści. Studzę i smaruję drugą warstwę ciasta. Przekładam kremem. Smaruję z wierzchu i pobokach kremem i układam gęsto owocę. I do lodówki na co najmniej godzinę. Wiecie - żeby stężało....
Jemy...
I na koniec przypominam o CANDY :))
Miłej niedzieli wszystkim życzę :)))





