Wysuwam na zwiad stopw spod kołdry. Działa jak najlepszy termometr. Motywuję się do opuszczenia ciepłego lóza. Zmuszam się wręcz i przekupuję dobrą kawą. Powoli zmierzam do kuchni. Na ślepo prawie,bo wzrok mi się jeszcze ze światem nie skalibrował,nasypuję kawy do kawiarki. Szatańska musi być! Czarna jak niebo o 6 rano. Trochę mleka ,co by żołądek kozła nie fiknął. Kombinuję śniadanie. A o tak wczesnej godzinie mój twórczy zapał kuli się w sobie i zapiera nogami. Oczy łapią ostrość . Powoli świat nabiera barw . Odchodzi siny świt . A ja w twarz dostaję takim widokiem......
Eh i jak tu mieć chandrę??
Pozdrowienia z Matplanety :)



