Zabawa przekierowana do mnie do GochaMi z pieskieszycie.blogspot.com zmusiła mnie do zajrzenia w otchłań piekła. A konkretnie do swojej torebki. Duuuuzzzzzej. Jak czytałam post Gosi ,solennie sobie przyrzekłam ,pokazać prawdę i tylko prawdę ,czyli to co w danej chwili tam mam. Efekt na zdjęciu. Brakuje tylko Ipada ,którym owo zdjęcie robiła,a bez którego już żyć nie mogę. Za to nie muszę targać kompa ,a po prawdzie w ogóle już z niego nie korzystam. Ja gadżeciaż nie jestem elektroniczny ,tylko szyciowy,ale Ipad to dla mnie genialny gadżet.
Co więc gnieździ się w mojej torbie?
Kalendarz- moja skleroza jest legendarna,czego nie zapiszę nie istnieje ,do tego wszystkie plany,zajęcia mam powpisywane w kalendarz w ipadzie z przypominamiem ,bez tego nie wiem na jakiej planecie żyję..
Burda- akurat dziś kupiona
Radler - bo trzeba oblać wakacje, i sprawę dokonania rzeczy niemożliwej ,która się dziś dokonała
Kosmetyczka- czasem trzeba WYGLĄDAĆ :-)
Portfel- który pełni też rolę śmietnika, miejsca na karty ,dokumenty,i inne pierdoły
Książka- akuratnie czytana a w dodatku wygrana w konkursie radiowej jedynki,już zresztą drugi raz w ciągu tej wiosny :-)
Co my tam jeszcze mamy...latarka! Bez niej ani rusz
Kolczyki- by Kretowata ,moje ulubione ,noszone na zmianę, bo mam ich 4pary:-)
Klucze-mam ich chyba 4 komplety, od domu,od auta,od pracowni ,od domu dziadka,od mieszkania teściowej.......
Telefony- jeden zamordowany kafelkiem w kuchni,drugi właśnie dzwoni:-)
Stopki do balerin...czyste!
Notesik- karteluszki ,karteczki notateczki...
Spinka ,pieczątka ,krem? Po cholerę?
O i znalazła się moja karta nia siłownię,na którą nomen omen nie chodzę teraz bo sezon rolkowy w pełni...
KONTROLER KAZIU potwierdza zgodność stanu. On czasem śpi mi w torebce....
Zabawa wymaga aby ją podać dalej ,czyli skierować ciekawość ku następnym ofiarom :-)
Zapraszam więc do zabawy
Ewkę z eduszka.blogspot.com
LolaJoo z lolajoo.blogspot.com
Mnemosyne z de-kupa-ge.blogspot.com
I wszystkich innych co chcą :-))
piątek, 28 czerwca 2013
Co patchwork ma wspólnego z ogrodnictwem?? Ano ma..
Rękawice ma...
Szycie dużego patchworku to sprawa nieźle wysiłkowa. Szczerze mówiąc ,zastanawiałam się zawsze oglądając tutoriale ,na cholerę mam sobie do szycia zakładać rękawice ogrodnicze,wiecie ,takie szorstkie od dołu??? No i już wiem....bo inaczej trzeba by mieć bary jak Gołota.
Ale po kolei. Płachta z 700 prostokącików została zszyta, dookoła zyskała obramowanie ze świątecznego białego obrusa...nic innego nie miałam pod ręką. Zrobił się problem z ociepliną, bo jej nie miałam. Ale po cóż mieć talent zbieracza? Wytargałam z pudła leżakujący stary filc w pięknym koloże wściekłego różu. Nie nadawał się do niczego ,nadaje się na wkład do kapy ,bo jest cienki i lekki. Został przyspawany agrafkami i milionem igieł. Po czym zaczęło się owo sławetne pikowanie. Ja oczywiśnie ,pierdoła, olałam rękawisie ogrodnicze,i po jakiś 20 minutach szycia dostałam skurczu obu rąk ,ramienia ,szyii i nawet kręgosłupa. Przeszywać to ,to jest katorga,ale przeszyłam do połowy. Ponieważ w operowaniu takim latawcem wprawy jeszcze nie mam , pikowanie nie szło idealnie między kawałkami tkanin,tylko via zwykłe stebnowanie. Takie cuda zostawię sobie na dalszą praktykę. Białe boczki świetnie zaś się nadadzą na ćwiczenie lotu trzmiela. Albo w moim przypadku prędzej slalomu zawianego Guntera....
Oczywiście moje talenta matematyczne i obliczenia na poziomie fizyki kwantowej przydały się jak Eskimosowi lodowka... Miał być 160x 180 cm a jest 156 na 174 cm . I tak dobrze ,że nie rąbnełam się o pół metra.....
Jak dobrze się jutro uwinę,to wyjdzie mi szycie tego patchworku 4x8 h. Czyli 48 h. Dzisiaj wpadła do mnie koleżanka i oświeciła mnie ,że kupiła dla mamy w England patchwork robiony ręcznie 200x200 cm za 10 funtów.
Chyba sobie w łeb strzelę.......
A najważniejsza wiadomość dnia....od 1 lipca do 1 września nie wstaę o 6.00 tylko o 8.30!!!!!
I to jest pikne!!!
Szycie dużego patchworku to sprawa nieźle wysiłkowa. Szczerze mówiąc ,zastanawiałam się zawsze oglądając tutoriale ,na cholerę mam sobie do szycia zakładać rękawice ogrodnicze,wiecie ,takie szorstkie od dołu??? No i już wiem....bo inaczej trzeba by mieć bary jak Gołota.
Ale po kolei. Płachta z 700 prostokącików została zszyta, dookoła zyskała obramowanie ze świątecznego białego obrusa...nic innego nie miałam pod ręką. Zrobił się problem z ociepliną, bo jej nie miałam. Ale po cóż mieć talent zbieracza? Wytargałam z pudła leżakujący stary filc w pięknym koloże wściekłego różu. Nie nadawał się do niczego ,nadaje się na wkład do kapy ,bo jest cienki i lekki. Został przyspawany agrafkami i milionem igieł. Po czym zaczęło się owo sławetne pikowanie. Ja oczywiśnie ,pierdoła, olałam rękawisie ogrodnicze,i po jakiś 20 minutach szycia dostałam skurczu obu rąk ,ramienia ,szyii i nawet kręgosłupa. Przeszywać to ,to jest katorga,ale przeszyłam do połowy. Ponieważ w operowaniu takim latawcem wprawy jeszcze nie mam , pikowanie nie szło idealnie między kawałkami tkanin,tylko via zwykłe stebnowanie. Takie cuda zostawię sobie na dalszą praktykę. Białe boczki świetnie zaś się nadadzą na ćwiczenie lotu trzmiela. Albo w moim przypadku prędzej slalomu zawianego Guntera....
Oczywiście moje talenta matematyczne i obliczenia na poziomie fizyki kwantowej przydały się jak Eskimosowi lodowka... Miał być 160x 180 cm a jest 156 na 174 cm . I tak dobrze ,że nie rąbnełam się o pół metra.....
Jak dobrze się jutro uwinę,to wyjdzie mi szycie tego patchworku 4x8 h. Czyli 48 h. Dzisiaj wpadła do mnie koleżanka i oświeciła mnie ,że kupiła dla mamy w England patchwork robiony ręcznie 200x200 cm za 10 funtów.
Chyba sobie w łeb strzelę.......
A najważniejsza wiadomość dnia....od 1 lipca do 1 września nie wstaę o 6.00 tylko o 8.30!!!!!
I to jest pikne!!!
czwartek, 27 czerwca 2013
Patchwork- jak szyć to od razu z grubej rury ...
Czyli kołdrę. A właściwie kapę. Zbierałam i zbierałam różne ścinki,resztki bawełny, które świetnie się nadały na połączenie z trzema zdobycznymi lumpowskimi poszewkami. Najtrudniej było wymyśleć wzór. Doszłam do wniosku że chcę ,zeby na tej kapie był taki bałagan. Więc wycięłam prawie 700 kawałków w formie prostokąta ,szerokości 6.5 cm a długości to jak starczyło,pozszywałam to w określonej kolejności ,potem znów pocięłqm na pasy 160 cm ( kapa będzie miała w końcowym efekcie 200x220 cm) bo środek będzie 160 na 180cm. Do tego dojdzie białe obramowanie ok 20 cm i lamówka. Całość ma być w stylu radośnie skandynawskim:-) cięcie zajęło mi 6 h ,zszywanie w długaśny pas 7 i teraz te pasy zszywam....
Kolorystycznie będzie mi pasować do kwiatków na tarasie:-)
I wydaje mi się ,że coś mi zostało z dzieciństwa....albo dziecinnieję. Podobają mi się różne odcienie różu ,amarantu ,fioletów w zestawieniu z bielą^^
Kolorystycznie będzie mi pasować do kwiatków na tarasie:-)
I wydaje mi się ,że coś mi zostało z dzieciństwa....albo dziecinnieję. Podobają mi się różne odcienie różu ,amarantu ,fioletów w zestawieniu z bielą^^
środa, 26 czerwca 2013
Letnio mi....:-)
Chłop wyjechał. My tu z powodzią prawie walczymy, a ten się pęta po Italii. No więc z tego smutku,żem z nim nie mogła pojechać,zabrałam się do szycia patchworkowej kapy. W sumie to bardziej dlatego ,że przechodząc koło lumpa dzisiaj rano,zerknęłam przez szybę i piorun we mnie strzelił ,prawie jak w modem Kretowatej:-) Patrzę, a tam w głębi sklepu, w rogu wielgachnego kosza wystaje cud tkanina. Wparowałam ,kosz przekopałam i wyciągnęłam trzy piękne poszewki na poduszki z przecudnej bawełny. I się zaczęło....cały dzień dziś wykrawałam prostokąciki i kwadraciki,i ręka mi zemdlała . Co nieco niedługo pokażę :-) ponieważ ostatnio jestem fanką stylu skandynawskiego,to kapa będzie trochę ikeowska.
Chciałam wam jeszcze pokazać moje wariacje na temat lnianych spodni i bluzek. Drogą kombinacji i dążenia do tego,aby nic nigdzie nie uwierało,powstały takie oto spodnie z bluzkami:
Wieczorami targam głazy i grzebię w ziemi produkując skalniaka,walcząc ze wściekłymi hordami zmutowanych komarów,na które nic nie działa NIC! Za to poranka,i,korzystając z pięknej pogody i braku tychże nieprzyjacielskich hord uprawiamy sielskie śniadanka. Sielskie bo wyobraźcie sobie, wkroczyłam na wyższy poziom sztuki kulinarnej i zrobiłam konfitury:-) jedne pomarańcza/ grapefruit i cytryna ,oraz drugą melon galia/pomarańcza/brzoskwinie/morele/cytryna. Robiłam na cukrze trzcinowym.I kurcze wyszły ponoć niezłe:p
A na koniec porcja Kazia :-) Kaziu pozdrawia z mojej szafy,bo po cholerę pańci koszyk,jak on może na nim spać???
Ostatnie zdjęcie to nasz zamek zza płota w wersji z lotu gołębia. Trochę jest zdezelowany,ale Gunter,który ow pałac zamieszkuje i ponoć uprawia w nim agroturystykę,więcej czasu spędza pod sklepem miejscowym,spożywając wiadomo co,niż prowadząc biznesy....turyści z reguły wiszą na bramie, próbując cykać foty. Czasami widujemy całe wycieczki niemieckich turystów w iście balzakowskim wieku wiszących na bramie...
Chciałam wam jeszcze pokazać moje wariacje na temat lnianych spodni i bluzek. Drogą kombinacji i dążenia do tego,aby nic nigdzie nie uwierało,powstały takie oto spodnie z bluzkami:
Wieczorami targam głazy i grzebię w ziemi produkując skalniaka,walcząc ze wściekłymi hordami zmutowanych komarów,na które nic nie działa NIC! Za to poranka,i,korzystając z pięknej pogody i braku tychże nieprzyjacielskich hord uprawiamy sielskie śniadanka. Sielskie bo wyobraźcie sobie, wkroczyłam na wyższy poziom sztuki kulinarnej i zrobiłam konfitury:-) jedne pomarańcza/ grapefruit i cytryna ,oraz drugą melon galia/pomarańcza/brzoskwinie/morele/cytryna. Robiłam na cukrze trzcinowym.I kurcze wyszły ponoć niezłe:p
A na koniec porcja Kazia :-) Kaziu pozdrawia z mojej szafy,bo po cholerę pańci koszyk,jak on może na nim spać???
Ostatnie zdjęcie to nasz zamek zza płota w wersji z lotu gołębia. Trochę jest zdezelowany,ale Gunter,który ow pałac zamieszkuje i ponoć uprawia w nim agroturystykę,więcej czasu spędza pod sklepem miejscowym,spożywając wiadomo co,niż prowadząc biznesy....turyści z reguły wiszą na bramie, próbując cykać foty. Czasami widujemy całe wycieczki niemieckich turystów w iście balzakowskim wieku wiszących na bramie...
Napisała bym o jeszcze paru kosmicznych zdarzeniach,między innymi o wyprawie po głazy co się zakopaniem w błocie skończyła ,o wycieczce na Szwajcarkę i Krzyżną Górę, o sposobie na komary ,co pół wioski mało w powietrze nie wysadził i innych takich ,ale za długi byłby post. zostawię na następne.o ile mnie skleroza nie zmiecie. :-)
sobota, 15 czerwca 2013
Kompromitujący zapach czyli eksperymenty z odbarwianiem...
Tak to w piątek ,zamiast bawić się i pić ,spędziłam mocno pracowity wieczór. Praca to jedyne ,co pozwala trochę zapomnieć o zmartwieniach ,których coś ostatnio się namnożyło.
Ogarniam skalniaka, tym bardziej ,że odkryłam dwóch ogrodników, którzy sprzedają roślinki naprawdę w super cenach. Latam po łąkach i wykopuję przeróżne roślinki, przesadzam ,dźwigam kamienie i inne takie. I wszystko robię w nieprzebranych chmarach komarów. Na polach jeszcze stoją wielkie bajora wody ,no i samo zalanie nieźle się przysłużyło tym krwiopijcom. Jeszcze w życiu nie byłam tak pogryziona,a w dodatku próbując zabić jednego gnojka ,który mimo różnych preparatów i olejków usiadł mi na twarzy i koniecznie chciał się nażreć mojej krwi szlachetnej, chciałam go zabić ręką ,zapominając ,że trzymam łopatkę....i takim sposobem oprócz bąbla ,mam jeszcze malowniczą bandycką szramę na policzku.
Cudo ,jak Mąż wróci to się zdziwi....
A późnym ,ciemnym wieczorem, zabrałam się do odbarwiania tkanin. Batik mi się zamarzył,więc ace poszło w ruch. W efekcie zapach jaki się wokół mnie jeszcze dziś unosi ,przynosi na myśl kostnicę...może wreszcze te cholerne komary odwalą się ode mnie. Pomijam fakt ,że dom śmierdzi podobnie. Tkaniny narazie wyglądają niewyjściowo ,ale już mam pomyśł na nie. Dodam ,że len odbarwia się cudnie. Poszłam za ciosem i ace potraktowałam jeszcze stare jeansy i w efekcie są genialne gacie na lato :-)
Rano wygramoliłam się naogród ,a tam sąsiad koniem pole orze. Koń cudny ,siwy,a ten do niego ( zachowuję oryginalne słownictwo) " Leniu jeden wstyd ci nie jest ,kuźwico zielona ,Bozia się na ciebie gapi z nieba a ty co? Żreć nie chcesz? Wstydu nie masz!!! Kochaniutka idziesz ty łajzo jedna ,bo klęczeć w kościele do samej śmierci będziesz..."
I tak w kółko. Wyobrażacie sobie konia klęczącego w kościele?? Bo mnie ta wizja o 6 rano ,przed pierwszą kawą nieco zastopowała....aż im zdjęcie zrobiłam :-)
Zresztą nie żałowałam sobie i jeszcze obfotografowałam malowniczy murem w stanie rozpadu,który kiedyś był murem zamkowym. A ponieważ granica działki jest metr za murem ,więc pozwolę sobie go zagospodarować na skalniaka :-)
Ogarniam skalniaka, tym bardziej ,że odkryłam dwóch ogrodników, którzy sprzedają roślinki naprawdę w super cenach. Latam po łąkach i wykopuję przeróżne roślinki, przesadzam ,dźwigam kamienie i inne takie. I wszystko robię w nieprzebranych chmarach komarów. Na polach jeszcze stoją wielkie bajora wody ,no i samo zalanie nieźle się przysłużyło tym krwiopijcom. Jeszcze w życiu nie byłam tak pogryziona,a w dodatku próbując zabić jednego gnojka ,który mimo różnych preparatów i olejków usiadł mi na twarzy i koniecznie chciał się nażreć mojej krwi szlachetnej, chciałam go zabić ręką ,zapominając ,że trzymam łopatkę....i takim sposobem oprócz bąbla ,mam jeszcze malowniczą bandycką szramę na policzku.
Cudo ,jak Mąż wróci to się zdziwi....
A późnym ,ciemnym wieczorem, zabrałam się do odbarwiania tkanin. Batik mi się zamarzył,więc ace poszło w ruch. W efekcie zapach jaki się wokół mnie jeszcze dziś unosi ,przynosi na myśl kostnicę...może wreszcze te cholerne komary odwalą się ode mnie. Pomijam fakt ,że dom śmierdzi podobnie. Tkaniny narazie wyglądają niewyjściowo ,ale już mam pomyśł na nie. Dodam ,że len odbarwia się cudnie. Poszłam za ciosem i ace potraktowałam jeszcze stare jeansy i w efekcie są genialne gacie na lato :-)
Rano wygramoliłam się naogród ,a tam sąsiad koniem pole orze. Koń cudny ,siwy,a ten do niego ( zachowuję oryginalne słownictwo) " Leniu jeden wstyd ci nie jest ,kuźwico zielona ,Bozia się na ciebie gapi z nieba a ty co? Żreć nie chcesz? Wstydu nie masz!!! Kochaniutka idziesz ty łajzo jedna ,bo klęczeć w kościele do samej śmierci będziesz..."
I tak w kółko. Wyobrażacie sobie konia klęczącego w kościele?? Bo mnie ta wizja o 6 rano ,przed pierwszą kawą nieco zastopowała....aż im zdjęcie zrobiłam :-)
Zresztą nie żałowałam sobie i jeszcze obfotografowałam malowniczy murem w stanie rozpadu,który kiedyś był murem zamkowym. A ponieważ granica działki jest metr za murem ,więc pozwolę sobie go zagospodarować na skalniaka :-)
czwartek, 13 czerwca 2013
Intrygujące połączenie skalniaka z torbą....
Co ma wspólnego ogodek skalnia z torbą z lnu???
.............
..............
................
Otóż .......
Nic!
Ale jakoś muszę połączyć w jednym poście torby z nu z okopywaniem się po krzakach?
Ponieważ postanowiłam zostać dumną posiadaczką ogródka azali skalnego,znoszę zewsząt tony kamieni( ręce mam jak gibon co najmniej) targam z lasu różne ustrojstwa,korzenie i te sprawy. Kaziu nawet się wczuł,i przytargał wypasioną mysz. Siadł sobie radośnie na kamieniu ze zwłokami malowniczo zwisającymi z pyska i wzrokiem sugerował ,że mam chyba tę mysz wkomponować między kwiaty, ewentualnie z honorami zakopać....ewentualnie zjeść??
Mam świetną sasiadkę ,która pomaga mi urządzać ten cud ogrodnictwa. Ona to dopiero ma skalniaki!
W czasie robót ogrodniczych efektywnie przyczyniłam się do zwiększenia populacji komarów,stając się ich ulubionym barem szybkiej obsługi. Dziadowskie cholery chyba zmutowały ,bo mimo ,że opryskałam się ze trzema straszliwie śmierdzącymi środkami, siadały i pożywiały się na mnie chmarami. Chyba nie czytały ulotki na butelce,że to sprey ANTY komarowy!
W moim drugim życiu ,czyli wcpracy poszyłam lniane letnie torbiszcza z rączkami. Taki fajny model do noszenia w garści,na ramieniu lub na pasku. No i kolory :-)
Na koniec pochwalę się moim kulinarnym przebojem. Taak kombinowałam naleśniki z truskawkami ,aż wykombinowałam przepis ,który jest moją dumą i radością (kubków smakowych)
A więc tak. Robimy ciasto na naleśniki ,tradycyjne ,jeno dodajemy ze 3-4 łyżki cukru brązowego.
Nadzienie
Kroimy drobno truskawki. Duzzzzo truskawek :-)
Kupujemy w biedronce serek ,taki w kubełku na sernik ,waniliowy.
Do tego kupujemy śmietanęc30%.
Śmietanę ubijamy na sztywno z łyżką cukry ( to ma być słodkie,i niezdrowe ,w końcu to deser:-)
Połowę ubitej ś,ietany mieszamy z serkiem i z truskawkami ,smarujemy naleśniki od serca,składamy na cztery na wierzch paciamy śmietanę i troszkę nadzienia.
Jemy ,aż pękniemy :-)
.............
..............
................
Otóż .......
Nic!
Ale jakoś muszę połączyć w jednym poście torby z nu z okopywaniem się po krzakach?
Ponieważ postanowiłam zostać dumną posiadaczką ogródka azali skalnego,znoszę zewsząt tony kamieni( ręce mam jak gibon co najmniej) targam z lasu różne ustrojstwa,korzenie i te sprawy. Kaziu nawet się wczuł,i przytargał wypasioną mysz. Siadł sobie radośnie na kamieniu ze zwłokami malowniczo zwisającymi z pyska i wzrokiem sugerował ,że mam chyba tę mysz wkomponować między kwiaty, ewentualnie z honorami zakopać....ewentualnie zjeść??
Mam świetną sasiadkę ,która pomaga mi urządzać ten cud ogrodnictwa. Ona to dopiero ma skalniaki!
W czasie robót ogrodniczych efektywnie przyczyniłam się do zwiększenia populacji komarów,stając się ich ulubionym barem szybkiej obsługi. Dziadowskie cholery chyba zmutowały ,bo mimo ,że opryskałam się ze trzema straszliwie śmierdzącymi środkami, siadały i pożywiały się na mnie chmarami. Chyba nie czytały ulotki na butelce,że to sprey ANTY komarowy!
W moim drugim życiu ,czyli wcpracy poszyłam lniane letnie torbiszcza z rączkami. Taki fajny model do noszenia w garści,na ramieniu lub na pasku. No i kolory :-)
Na koniec pochwalę się moim kulinarnym przebojem. Taak kombinowałam naleśniki z truskawkami ,aż wykombinowałam przepis ,który jest moją dumą i radością (kubków smakowych)
A więc tak. Robimy ciasto na naleśniki ,tradycyjne ,jeno dodajemy ze 3-4 łyżki cukru brązowego.
Nadzienie
Kroimy drobno truskawki. Duzzzzo truskawek :-)
Kupujemy w biedronce serek ,taki w kubełku na sernik ,waniliowy.
Do tego kupujemy śmietanęc30%.
Śmietanę ubijamy na sztywno z łyżką cukry ( to ma być słodkie,i niezdrowe ,w końcu to deser:-)
Połowę ubitej ś,ietany mieszamy z serkiem i z truskawkami ,smarujemy naleśniki od serca,składamy na cztery na wierzch paciamy śmietanę i troszkę nadzienia.
Jemy ,aż pękniemy :-)
sobota, 8 czerwca 2013
O psie co się kotom kłaniał,kocie co powodzi uszedł i krwawym mordziena krecie....
Ten post specjalnie dla Hany :-)
Oto przeglądając bloga Kretowatej i nadrabiając zaległości zobaczyłam klona mojej Saby. Saba pies iście szczudłowaty,większy od Normana o charakterze iście anielskim acz czupurnym. Pies co się kotom kłania ,z kotami śpi,kotom wyżera i tworzy z nimi front antynormanowski. Bo Norman jest od saby mniejszy. No i chłop. A Saba chłopów za bardzo nie lubi. Nasz weterynarz po szczegółowych oględzinach stwierdził iż jest to niewątpliwie bernardyn mix. Czyli w "połowie bernardyn w polowie cholera wi co ". To co to prawdopodobnie berneńczyk. A może kaukaz???? Na pewno nie jamnik. Saba ma wicher na głowie i prześmiesznie chodzi ,jak na panienkę przystało ,zwierając pośladki:-) I w sumie dobrze ,bo jeszcze mi wyda małe sabiątko- normaniątka,a to dopiero będzie MIX ,jak wódka z browarem! A pruje się....! Szczeka jak tylko ktoś w zasięgu wzroku się pojawi,najczęściej o 3 nad ranem lisy na tarasie obszczekuje.
Ale charakter ma boski,jest strasznie kochliwa i pieszczoch z niej ogromny. Przejeliśmy ja z domem,wcześniej 5 lat mieszkała w klatce,pomińmy to milczeniem bo mnie kurwica,sorry za wyrażenie ,do dziś szczela. Jaki ten pies ma serce,skoro mimo tego nie ma skrzywionego charakteru,nie jest agresywna ,ani nic podobnego.
Więc Saba :-)
Kaziu zas stał się łowcą pełną gębą . Na swojej poduszcze znalazłam już żywą jaszczurkę ,ewidentnie zamordowanego kreta(sic!) , mysz z okiem na wierzchu oraz coś ,co wyglądało jak okładka książki o seryjnym mordercy ,a okazało się być rozsmarowanym po mojej wykładzinie ptakiem. O ile tak można nazwać kupki zakrwawionych piórek i jedno ogryzione skrzydełko.
Dziewczyny preferują łowy na owady. Jedynie próbowały dorwać dzięcioła kamikadze ,który pewnej słonecznej niedzieli nie wyrobił zakrętu i przydzwonił banią w ścianę domu. W koty jakby piorun strzelił,rzuciły się do niego,z nimi ja sięcrzuciłam ,co prawda nie żeby zeżreć dzięcioła ,lecz go uratować. O krótki pysk zdążyłam przed kotami,dzięcioł został umieszczony w karmniku, gdzie po jakiej godzinie zaczął trybić i w cholerę zwiał. Lotem nieco koszącym. Z zemsty za te przeżycia ,co noc napieprza mi w ścianę domu ,akurat za wezgłowiem łóżka. Zawsze mi się wydawało ,że te ptaki dziuple w drzewie robią ,a on developer chyba ,bo wybił dziurę w tynku i ociepleniu ,a teraz mieszka tem ptasia rodzina.
Ostatnimi czasy mieliśmy tu stany przeciwpowodziowe ,koty pontonów pozazdrościły i Norka sobie zawczasu zajęła wygodną michę ,co by mieć w czym się ewakuować....
Tym oto zwierzęcym akcentem mówię DOBRANOC. Przywiozłam córkę z pierwszego balu ,i mogę iść spać:-))
Oto przeglądając bloga Kretowatej i nadrabiając zaległości zobaczyłam klona mojej Saby. Saba pies iście szczudłowaty,większy od Normana o charakterze iście anielskim acz czupurnym. Pies co się kotom kłania ,z kotami śpi,kotom wyżera i tworzy z nimi front antynormanowski. Bo Norman jest od saby mniejszy. No i chłop. A Saba chłopów za bardzo nie lubi. Nasz weterynarz po szczegółowych oględzinach stwierdził iż jest to niewątpliwie bernardyn mix. Czyli w "połowie bernardyn w polowie cholera wi co ". To co to prawdopodobnie berneńczyk. A może kaukaz???? Na pewno nie jamnik. Saba ma wicher na głowie i prześmiesznie chodzi ,jak na panienkę przystało ,zwierając pośladki:-) I w sumie dobrze ,bo jeszcze mi wyda małe sabiątko- normaniątka,a to dopiero będzie MIX ,jak wódka z browarem! A pruje się....! Szczeka jak tylko ktoś w zasięgu wzroku się pojawi,najczęściej o 3 nad ranem lisy na tarasie obszczekuje.
Ale charakter ma boski,jest strasznie kochliwa i pieszczoch z niej ogromny. Przejeliśmy ja z domem,wcześniej 5 lat mieszkała w klatce,pomińmy to milczeniem bo mnie kurwica,sorry za wyrażenie ,do dziś szczela. Jaki ten pies ma serce,skoro mimo tego nie ma skrzywionego charakteru,nie jest agresywna ,ani nic podobnego.
Więc Saba :-)
Kaziu zas stał się łowcą pełną gębą . Na swojej poduszcze znalazłam już żywą jaszczurkę ,ewidentnie zamordowanego kreta(sic!) , mysz z okiem na wierzchu oraz coś ,co wyglądało jak okładka książki o seryjnym mordercy ,a okazało się być rozsmarowanym po mojej wykładzinie ptakiem. O ile tak można nazwać kupki zakrwawionych piórek i jedno ogryzione skrzydełko.
Dziewczyny preferują łowy na owady. Jedynie próbowały dorwać dzięcioła kamikadze ,który pewnej słonecznej niedzieli nie wyrobił zakrętu i przydzwonił banią w ścianę domu. W koty jakby piorun strzelił,rzuciły się do niego,z nimi ja sięcrzuciłam ,co prawda nie żeby zeżreć dzięcioła ,lecz go uratować. O krótki pysk zdążyłam przed kotami,dzięcioł został umieszczony w karmniku, gdzie po jakiej godzinie zaczął trybić i w cholerę zwiał. Lotem nieco koszącym. Z zemsty za te przeżycia ,co noc napieprza mi w ścianę domu ,akurat za wezgłowiem łóżka. Zawsze mi się wydawało ,że te ptaki dziuple w drzewie robią ,a on developer chyba ,bo wybił dziurę w tynku i ociepleniu ,a teraz mieszka tem ptasia rodzina.
Ostatnimi czasy mieliśmy tu stany przeciwpowodziowe ,koty pontonów pozazdrościły i Norka sobie zawczasu zajęła wygodną michę ,co by mieć w czym się ewakuować....
Tym oto zwierzęcym akcentem mówię DOBRANOC. Przywiozłam córkę z pierwszego balu ,i mogę iść spać:-))
Na pierwszym planie Saba
Dzięcioł co w dom banią przywali
Stworzenie z kosmosu Norman
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































