Chciałam wam jeszcze pokazać moje wariacje na temat lnianych spodni i bluzek. Drogą kombinacji i dążenia do tego,aby nic nigdzie nie uwierało,powstały takie oto spodnie z bluzkami:
Wieczorami targam głazy i grzebię w ziemi produkując skalniaka,walcząc ze wściekłymi hordami zmutowanych komarów,na które nic nie działa NIC! Za to poranka,i,korzystając z pięknej pogody i braku tychże nieprzyjacielskich hord uprawiamy sielskie śniadanka. Sielskie bo wyobraźcie sobie, wkroczyłam na wyższy poziom sztuki kulinarnej i zrobiłam konfitury:-) jedne pomarańcza/ grapefruit i cytryna ,oraz drugą melon galia/pomarańcza/brzoskwinie/morele/cytryna. Robiłam na cukrze trzcinowym.I kurcze wyszły ponoć niezłe:p
A na koniec porcja Kazia :-) Kaziu pozdrawia z mojej szafy,bo po cholerę pańci koszyk,jak on może na nim spać???
Ostatnie zdjęcie to nasz zamek zza płota w wersji z lotu gołębia. Trochę jest zdezelowany,ale Gunter,który ow pałac zamieszkuje i ponoć uprawia w nim agroturystykę,więcej czasu spędza pod sklepem miejscowym,spożywając wiadomo co,niż prowadząc biznesy....turyści z reguły wiszą na bramie, próbując cykać foty. Czasami widujemy całe wycieczki niemieckich turystów w iście balzakowskim wieku wiszących na bramie...
Napisała bym o jeszcze paru kosmicznych zdarzeniach,między innymi o wyprawie po głazy co się zakopaniem w błocie skończyła ,o wycieczce na Szwajcarkę i Krzyżną Górę, o sposobie na komary ,co pół wioski mało w powietrze nie wysadził i innych takich ,ale za długi byłby post. zostawię na następne.o ile mnie skleroza nie zmiecie. :-)



















































