środa, 26 czerwca 2013

Letnio mi....:-)

Chłop wyjechał. My tu z powodzią prawie walczymy, a ten się pęta po Italii. No więc z tego smutku,żem z nim nie mogła pojechać,zabrałam się do szycia patchworkowej kapy. W sumie to bardziej dlatego ,że przechodząc koło lumpa dzisiaj rano,zerknęłam przez szybę i piorun we mnie strzelił ,prawie jak w modem Kretowatej:-) Patrzę, a tam w głębi sklepu, w rogu wielgachnego kosza wystaje cud tkanina. Wparowałam ,kosz przekopałam i wyciągnęłam trzy piękne poszewki na poduszki z przecudnej bawełny. I się zaczęło....cały dzień dziś wykrawałam prostokąciki i kwadraciki,i ręka mi zemdlała . Co nieco niedługo pokażę :-) ponieważ ostatnio jestem fanką stylu skandynawskiego,to kapa będzie trochę ikeowska.
Chciałam wam jeszcze pokazać moje wariacje na temat lnianych spodni i bluzek. Drogą kombinacji i dążenia do tego,aby nic nigdzie nie uwierało,powstały takie oto spodnie z bluzkami:










Wieczorami targam głazy i grzebię w ziemi produkując skalniaka,walcząc ze wściekłymi hordami zmutowanych komarów,na które nic nie działa NIC! Za to poranka,i,korzystając z pięknej pogody i braku tychże nieprzyjacielskich hord uprawiamy sielskie śniadanka. Sielskie bo wyobraźcie sobie, wkroczyłam na wyższy poziom sztuki kulinarnej i zrobiłam konfitury:-) jedne pomarańcza/ grapefruit i cytryna ,oraz drugą melon galia/pomarańcza/brzoskwinie/morele/cytryna. Robiłam na cukrze trzcinowym.I kurcze wyszły ponoć niezłe:p









A na koniec porcja Kazia :-) Kaziu pozdrawia z mojej szafy,bo po cholerę pańci koszyk,jak on może na nim spać???





Ostatnie zdjęcie to nasz zamek zza płota w wersji z lotu gołębia. Trochę jest zdezelowany,ale Gunter,który ow pałac zamieszkuje i ponoć uprawia w nim agroturystykę,więcej czasu spędza pod sklepem miejscowym,spożywając wiadomo co,niż prowadząc biznesy....turyści z reguły wiszą na bramie, próbując cykać foty. Czasami widujemy całe wycieczki niemieckich turystów w iście balzakowskim wieku wiszących na bramie...


Napisała bym o jeszcze paru kosmicznych zdarzeniach,między innymi o wyprawie po głazy co się zakopaniem w błocie skończyła ,o wycieczce na Szwajcarkę i Krzyżną Górę, o sposobie na komary ,co pół wioski mało w powietrze nie wysadził i innych takich ,ale za długi byłby post. zostawię na następne.o ile mnie skleroza nie zmiecie. :-) 

sobota, 15 czerwca 2013

Kompromitujący zapach czyli eksperymenty z odbarwianiem...

Tak to w piątek ,zamiast bawić się i pić ,spędziłam mocno pracowity wieczór. Praca to jedyne ,co pozwala trochę zapomnieć o zmartwieniach ,których coś ostatnio się namnożyło.
Ogarniam skalniaka, tym bardziej ,że odkryłam dwóch ogrodników, którzy sprzedają roślinki naprawdę w super cenach. Latam po łąkach i wykopuję przeróżne roślinki, przesadzam ,dźwigam kamienie i inne takie. I wszystko robię w nieprzebranych chmarach komarów. Na polach jeszcze stoją wielkie bajora wody ,no i samo zalanie nieźle się przysłużyło tym krwiopijcom. Jeszcze w życiu nie byłam tak pogryziona,a w dodatku próbując zabić jednego gnojka ,który mimo różnych preparatów i olejków usiadł mi na twarzy i koniecznie chciał się nażreć mojej krwi szlachetnej, chciałam go zabić ręką ,zapominając ,że trzymam łopatkę....i takim sposobem oprócz bąbla ,mam jeszcze malowniczą bandycką szramę na policzku.
Cudo ,jak Mąż wróci to się zdziwi....
A późnym ,ciemnym wieczorem, zabrałam się do odbarwiania tkanin. Batik mi się zamarzył,więc ace poszło w ruch. W efekcie zapach jaki się wokół mnie jeszcze dziś unosi ,przynosi na myśl kostnicę...może wreszcze te cholerne komary odwalą się ode mnie. Pomijam fakt ,że dom śmierdzi podobnie. Tkaniny narazie wyglądają niewyjściowo ,ale już mam pomyśł na nie. Dodam ,że len odbarwia się cudnie. Poszłam za ciosem i ace potraktowałam jeszcze stare jeansy i w efekcie są genialne gacie na lato :-)
Rano wygramoliłam się naogród ,a tam sąsiad koniem pole orze. Koń cudny ,siwy,a ten do niego ( zachowuję oryginalne słownictwo) " Leniu jeden wstyd ci nie jest ,kuźwico zielona ,Bozia się na ciebie gapi z nieba a ty co? Żreć nie chcesz? Wstydu nie masz!!! Kochaniutka idziesz ty łajzo jedna ,bo klęczeć w kościele do samej śmierci będziesz..."
I tak w kółko. Wyobrażacie sobie konia klęczącego w kościele?? Bo mnie ta wizja o 6 rano ,przed pierwszą kawą nieco zastopowała....aż im zdjęcie zrobiłam :-)
Zresztą nie żałowałam sobie i jeszcze obfotografowałam malowniczy murem w stanie rozpadu,który kiedyś był murem zamkowym. A ponieważ granica działki jest metr za murem ,więc pozwolę sobie go zagospodarować na skalniaka :-)




















czwartek, 13 czerwca 2013

Intrygujące połączenie skalniaka z torbą....

Co ma wspólnego ogodek skalnia z torbą z lnu???
.............
..............
................
Otóż .......
Nic!

Ale jakoś muszę połączyć w jednym poście torby z nu z okopywaniem się po krzakach?
Ponieważ postanowiłam zostać dumną posiadaczką ogródka azali skalnego,znoszę zewsząt tony kamieni( ręce mam jak gibon co najmniej) targam z lasu różne ustrojstwa,korzenie i te sprawy. Kaziu nawet się wczuł,i przytargał wypasioną mysz. Siadł sobie radośnie na kamieniu ze zwłokami malowniczo zwisającymi z pyska i wzrokiem sugerował ,że mam chyba tę mysz wkomponować między kwiaty, ewentualnie z honorami zakopać....ewentualnie zjeść??
Mam świetną sasiadkę ,która pomaga mi urządzać ten cud ogrodnictwa. Ona to dopiero ma skalniaki!
W czasie robót ogrodniczych efektywnie przyczyniłam się do zwiększenia populacji komarów,stając się ich ulubionym barem szybkiej obsługi. Dziadowskie cholery chyba zmutowały ,bo mimo ,że opryskałam się ze trzema straszliwie śmierdzącymi środkami, siadały i pożywiały się na mnie chmarami. Chyba nie czytały ulotki na butelce,że to sprey ANTY komarowy!
W moim drugim życiu ,czyli wcpracy poszyłam lniane letnie torbiszcza z rączkami. Taki fajny model do noszenia w garści,na ramieniu lub na pasku. No i kolory :-)
Na koniec pochwalę się moim kulinarnym przebojem. Taak kombinowałam naleśniki z truskawkami ,aż wykombinowałam przepis ,który jest moją dumą i radością (kubków smakowych)
A więc tak. Robimy ciasto na naleśniki ,tradycyjne ,jeno dodajemy ze 3-4 łyżki cukru brązowego.
Nadzienie
Kroimy drobno truskawki. Duzzzzo truskawek :-)
Kupujemy w biedronce serek ,taki w kubełku na sernik ,waniliowy.
Do tego kupujemy śmietanęc30%.
Śmietanę ubijamy na sztywno z łyżką cukry ( to ma być słodkie,i niezdrowe ,w końcu to deser:-)
Połowę ubitej ś,ietany mieszamy z serkiem i z truskawkami ,smarujemy naleśniki od serca,składamy na cztery na wierzch paciamy śmietanę i troszkę nadzienia.
Jemy ,aż pękniemy :-)



























sobota, 8 czerwca 2013

O psie co się kotom kłaniał,kocie co powodzi uszedł i krwawym mordziena krecie....

Ten post specjalnie dla Hany :-)
Oto przeglądając bloga Kretowatej i nadrabiając zaległości zobaczyłam klona mojej Saby. Saba pies iście szczudłowaty,większy od Normana o charakterze iście anielskim acz czupurnym. Pies co się kotom kłania ,z kotami śpi,kotom wyżera i tworzy z nimi front antynormanowski. Bo Norman jest od saby mniejszy. No i chłop. A Saba chłopów za bardzo nie lubi. Nasz weterynarz po szczegółowych oględzinach stwierdził iż jest to niewątpliwie bernardyn mix. Czyli w "połowie bernardyn w polowie cholera wi co ". To co to prawdopodobnie berneńczyk. A może kaukaz???? Na pewno nie jamnik. Saba ma wicher na głowie i prześmiesznie chodzi ,jak na panienkę przystało ,zwierając pośladki:-) I w sumie dobrze ,bo jeszcze mi wyda małe sabiątko- normaniątka,a to dopiero będzie MIX ,jak wódka z browarem! A pruje się....! Szczeka jak tylko ktoś w zasięgu wzroku się pojawi,najczęściej o 3 nad ranem lisy na tarasie obszczekuje.
Ale charakter ma boski,jest strasznie kochliwa i pieszczoch z niej ogromny. Przejeliśmy ja z domem,wcześniej 5 lat mieszkała w klatce,pomińmy to milczeniem bo mnie kurwica,sorry za wyrażenie ,do dziś szczela. Jaki ten pies ma serce,skoro mimo tego nie ma skrzywionego charakteru,nie jest agresywna ,ani nic podobnego.
Więc Saba :-)
Kaziu zas stał się łowcą pełną gębą . Na swojej poduszcze znalazłam już żywą jaszczurkę ,ewidentnie zamordowanego kreta(sic!) , mysz z okiem na wierzchu oraz coś ,co wyglądało jak okładka książki o seryjnym mordercy ,a okazało się być rozsmarowanym po mojej wykładzinie ptakiem. O ile tak można nazwać kupki zakrwawionych piórek i jedno ogryzione skrzydełko.
Dziewczyny preferują łowy na owady. Jedynie próbowały dorwać dzięcioła kamikadze ,który pewnej słonecznej niedzieli nie wyrobił zakrętu i przydzwonił banią w ścianę domu. W koty jakby piorun strzelił,rzuciły się do niego,z nimi ja sięcrzuciłam ,co prawda nie żeby zeżreć dzięcioła ,lecz go uratować. O krótki pysk zdążyłam przed kotami,dzięcioł został umieszczony w karmniku, gdzie po jakiej godzinie zaczął trybić i w cholerę zwiał. Lotem nieco koszącym. Z zemsty za te przeżycia ,co noc napieprza mi w ścianę domu ,akurat za wezgłowiem łóżka. Zawsze mi się wydawało ,że te ptaki dziuple w drzewie robią ,a on developer chyba ,bo wybił dziurę w tynku i ociepleniu ,a teraz mieszka tem ptasia rodzina.
Ostatnimi czasy mieliśmy tu stany przeciwpowodziowe ,koty pontonów pozazdrościły i Norka sobie zawczasu zajęła wygodną michę ,co by mieć w czym się ewakuować....

Tym oto zwierzęcym akcentem mówię DOBRANOC. Przywiozłam córkę z pierwszego balu ,i mogę iść spać:-))





Na pierwszym planie Saba



Dzięcioł co w dom banią przywali
Stworzenie z kosmosu Norman








czwartek, 6 czerwca 2013

A po przerwie...sposób na metki eko- handmade- kryzysowe :-)

No dobrze ,przerwa była długa ,dlatego pewnie teraz tematy będą mi się ulewać :-)
Cieszę się i dziękuję za wsparcie ,jest ono niewątpliwie potrzebne :-)) Aż sama się sobie dziwię, teraz dopiero widzę jak mi bloga i Was wszystkich brakowało.
Szczerze mówiąc ,jedną z kilku przyczyn nienajlepszej kondycji mojego samopoczucia ,jest też to co dzieje się dookoło. Sytuacja na tzw "rynku". Czyli krótko mówiąc, kryzys.
Choć według mnie im więcej się mówi o kryzysie ,tym bardziej się go nakręca. Ale pozostaje fakt ,że na rynku jest ciężko. A szczególnie jednoosobowym firmom. I szczególnie w mniejszych miastach ,gdzie przemysł is death, a ludzie coraz częściej wybywają do metropoli żyć ,pracować i kupować.
Wytrwanie w postanowieniu zarabiania na siebie szyciem ,własną pracą ,ukochaną w dodatku, jest dzisiaj drogą mocno pod górę. O tym wie naprawdę wiele osób, które się tym parają. Ratuje nas chyba tylko to ,że wypełniamy lukę i dostarczamy rzeczy ,których żaden ,nawet najsprytniejszy "Chińczyk" nie dostarczy. Mianowicie unikalnych . I bla bla bla ,wszyscy wiedzą o co biega.

Przez ostatnie miesiące , zastanawiam się w kółko nad jednym. Jak oszczędzić ,jak zmniejszyć koszta ,nie tracąc na jakości ,jak zbilansować ,jak po prostu zarobić :-) Bo do cholery ani mi się śni rezygnować ,poddawać się. Pewnie bym lepiej i dłużej spała ,ale nie nawidzę ponosić porażek.
Wpadłam na kilka pomysłów ,żeby zmniejszyć koszty swoje . Podam wam pomysł na jeden. Według mnie znaczący. Rzecz dotyczy metek. I tych wszywanych i tych papierowych. Pewnie Ameryki nie odkryłam i założę się ,że już są osoby ,które w podobny sposób robią, ale mnie olśniło. Olśniło mnie jak zobaczyłam jakie cuda ze stemplami robi pewna cudna kobieta na swoich tunikach i sukienkach .Zamówienie metek do wszywania to jest koszt ok 200 zł. Papierowe są czasami jeszcze droższe. Więc zaczęłam kombinować i wykombinowałam pieczątkę. Jedną ,taką specjalną Złotokotową,zaprojektowała mi czarodziejka Maryś ,i już niedługo Wam ją pokażę. Drugą zrobilam sobie sama. W sensie wymyśliłam, a zrobił zaprzyjaźniony Pan Pieczątka. Koszt 50 zł. Do tego kartoniki z odzysku ,trochę wstążki tiulowej ,tusz i już mam metki " orginal my friend" :-)
W wersji do wszycia stempluję kawałek materiału, używając lekko rozcieńczonych farb do tkanin. A często robię stempel na samej tkaninie. Kszt jednej farby ,tuszu i pieczątki jest znaczenie niższy niż zamawianie gotowych metek i wszywek. A same metki według mnie ,lepiej się prezentują ,niż te otrzymywane za pomocą papieru termo. Efekt oceńcie sami.






środa, 5 czerwca 2013

Forever young...

Spojrzałam na daty i lekko mnie zmroziło...od ostatniego postu minęły 2 i pół miesiąca. Nagle chyba słów i czasu zabrakło. I zaczęłam się zastanawiać, czy ja rzeczywiście się nie wyrabiam??? Ano nie. Ogrodowo wiosenne plany mają miesiąc w plecy,z czytaniem blogów jeszcze więcej, ledwie parę rzeczy do domu uszytych. Że nie wspomnę ,żadnej książki od marca nie przeczytałam. Przy łóżku leży ciągle jedna i ta sama " Dersu Uzała".... Zamknęłam się w czterech ścianach pracoeni z metrami lnu i radiową Trójką...gdyby nie radio to i bym nie wiedziała ,że powódzź mam za płotem . Oj sławny był nasz Wojanów w ostatni łikend,tylu paparazzich to miejscowi nie widzieli od czasu Grycanowej w Pałacu...
Aż mi się głupio zrobiło ,o z reguły na bierząco jestem. A nagle chyba mi rzeczywistość zamarła. Jedyne pocieszenie ,że maszyna na moje towarzystwo nie narzekała. Jakaś ta wiosna do bani. Zimno i leje w kółko,i nastrój nietęgi. Zaczynam marudzić...
Chyba mi to ostatnio w nawyk weszło ,to marudzenie,brak czasu ,cierpliwości i takich tam. Denerwuję sama siebie. A przy okazji jak, nigdy naszly mnie rozważania nad upływającym czasem i własną metryką, a nie ma chyba tematu ,który mnie by bardziej wkurzał i dołował.
Jedyne co znaczące z ostatnich miesięcy ,wisi mi na manekinach :-)


P.s. Ostatnie zdjęcie z dedykacją dla Hany i na pochybel krasnoludkom.