niedziela, 10 czerwca 2012

Relikty epoki i katastrofa czyli MY na wycieczce rowerowej

No tak ,tym razem zdjęć nie będzie, bo nie udało się udokumentować tego nieszczęścia...
A zaczęło się tak .Tydzień temu zaczęło mnie nosić .Efekt całodziennego siedzenia nad maszyną przynosi efekt złamanego kręgosłupa i coraz częstszych westchnień " a d..a rośnie...". Chłopię wykazało się więc pamięcią jak dąb Bartek i z jej zakamarków wyciągnęło info ,że w piwnicy u Dziadka ( to ta sama budowla ,która posiada "Strych Babci") są ROWERY.
ROWERY. No tak dwie Gazele i Laura,zakupione z talonów ,w ciemnych a jakże jaskrawych (Laura jest wściekle różowa mimo zgoła 30 lat na karku..) latach wczesno 80-tych. Piwnica została z eksplorowana. Ujawniła zawartość w postaci trzech trupów. Ale nie ma to jak mieć w rodzinie Złotą Rączkę fachmana rowerowego Wujka Andrzeja . Rowery zostały  więc wywiezione do jego kliniki ,w której przeszły intensywną terapię odmładzającą. Po zakupie nowych dętek opon i jednego całego koła prawie nadawały się do jazdy dwa. A nas jest sztuk 3. Skąd wziąć trzeci rower? No więc Moja wpadła na genialny pomysł, aby odwiedzić lumpeks rzeczowy. Mamy takowy niedaleko. Z najdalszego kąta po przekopaniu się przez stosy kanap foteli ,krzeseł i kredensów rodem z Holandii i wystawek Niemieckich wyciągnięta została machina typu damka szosowa ,w stanie nadającym się do reanimacji. Pominę milczeniem targi -Facet chciał za nią tyle co za nowy górski rower-ale w końcu staliśmy się jej właścicielami. Znaczy ja.
 Znów wizyta w klinice ,nowe dętki, chromowane błotniczki i coś tam ,czego nie potrafię wymówić. A i zakup w Castoramie trzech haków do powieszenia rowerów w garażu obok Cytrynki. Mania mojego Chłopa do kupowania różnych osprzętów, to temat rzeka.Wspomnę tylko ,że ostatnio kupił ,jak to określił z "zaskórniaków" kosiarkę spalinowa i wykaszarkę (chyba tak się nazywa to coś z latającą żyłką?) . I to wszystko do ogródka 10x10 m. !!!!
No dobrze to pora przejść do KATASTROFY
Wczoraj wczesnym popołudniem padła propozycja ,aby rowery wypróbować . Z okazji tej zawczasu uszyłam sobie nawet bluzę do getrów dresowych ,aby się szykownie na moim złomie prezentować . Córka za to pojechała maksymalnie ,ubrała się w sweter -wór z wielką gębą pandy na przodzie. Czym zyskała sobie nową ksywę "PANDA".
Wyjechaliśmy z Cieplic koło nowego kościoła drogą na Marczyce. Rowery spisywały się nad wyraz poprawnie ,nawet na drodze leśnej. Co prawda kilka podjazdów zrobiło na nas wrażenie ,a po 2 km tyłek od starożytnego siodełka zaczął pękać mi w poprzek, ale jechaliśmy. Widoki gór osnutych burzowymi chmurami były takie ,że żałowałam braku aparatu! No właśnie BURZOWYMI,a nam nic do głowy nie przyszło !!
Dojechaliśmy do Marczyc i tam drogą wiejską ,wzbudzając zachwyt lokalnych  przysklepowych form życia, pomknęliśmy w stronę Zbiornika Sosnówka. Tu zaczęliśmy wzbudzać zachwyt kierowców ,którzy na widok naszych "pojazdów" trąbili i wywrzaskiwali jakieś "dawaj dawaj!" machając browarami . To chyba efekt Euro, bo mieli flagi na autach.
Zaczęło kropić. Nieznacznie. Do Cieplic mieliśmy 4 km szosą .Pikuś.
Koło Na wysokości Orlenu w Podgórzynie Panda zaczęła dawać znaki znaczące!! Spadł łańcuch. Panda na Gazeli ! wyobrażacie sobie???? A deszczyk siąpić zaczął regularnie. Koło rybiarni na stawach podgórzyńskich to już raczej lało ,ale co tam ! Stwierdziłam ,że dojedziemy. Na Osiedlu Fampowskim dopadło nas oberwanie chmury ,wiec schroniliśmy się pod okapem w sklepie "5" . Znów przyprawiając lokalnych o przedziwne wrażenia. Czekaliśmy jakieś 20 minut, malowniczo tworząc wokół siebie coraz większe kałuże ,co wywoływało coraz sroższe grymasy i zmarszczenia brwi na twarzach PAŃ Sklepowych. W końcu nie wytrzymaliśmy presji i cichaczem zwialiśmy, zostawiając po sobie trzy mega kałuże w sklepie i przekonanie ,że może na sucho nas nie poznają. Do domu zostało nam jakieś 1,5 km .Dotarliśmy totalnie przemoczeni. Najciekawiej prezentowała się Panda ,mogła by spokojnie grać Marzannę albo Topielicę. Oczywiście nasz wjazd na podwórko zaobserwował Sąsiad ,który nomen omen przy wyjeździe życzył nam miłej wycieczki, teraz mało nie posikał się ze śmiechu :-)
W nagrodę strzeliliśmy sobie deser:
-Mus truskawkowo-lodowy (0,5 kg truskawek blendujemy z 0,5 kg lodów wanilowych)
-Lody waniliowe
-Bita śmietana
-Truskawki
Układamy warstwami i jemy >Niebo w gębie !
Sezon rowerowy uważam za otwarty!


4 komentarze:

  1. Takie wycieczki pamięta się dłuuugo. Dobrze że to letni deszczyk był.

    OdpowiedzUsuń
  2. ciekawie to opisałaś, momentami miałam przed oczami Twoją PAndę i Ciebie :-) super wycieczka

    OdpowiedzUsuń
  3. To mieliście mocne wejście w rowerowy świat! Osobiście zaczęłam doceniać jakość roweru. Zawsze mi się wydawało, że rower - to rower. I tyle. Jak mój brat przyjechał z Niemiec i przejechał się na moim dwukołowym pojeździe zdołał wysapać tylko: " siostra, Jezu, na czym ty jeździsz...". I następnym razem przywiózł mi w prezencie cuuudo, które po prostu samo śmiga po drogach. Różnica i komfort jazdy - nie do opisania! Mówię Wam - dobry rower to podstawa!
    Uściski!
    Asia

    OdpowiedzUsuń
  4. Super wycieczka. Odebrałam Twojego e-maila i wysłałam dane (mam nadzieję, że tym razem dojdą...)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń