Tak można w skrócie podsumować efekt ostatnich trzech tygodni. Świat i życie wywaliło się kopytami do góry. Porzuciliśmy miasto,a odbyło się to w tak ekspresowym tempie ,że sama jeszcze nie nadąrzam. Od trzech tygodni latam po urzędach instytucjach i innych miejscach które zajmują się głównie zawracaniem d....y, od świtu do późnej nocy maluję ściany,skrobię stare farby i wyrzucam kontenery śmieci. A w między czasie ,a konkretnie w zeszły weekend odwaliłam przeprowadzkę. Sama . Pan i Władca jak wyjechał dwa tygodnie wcześniej ,tak wrócił dokładie na samą przewózkę. Taaaak. W sprawie remontów jestem ekspertem ,nie ma kołka ,który jest mi obcy. Nabyłam masę nowych sprawności,między innymi opanowałam prawo jazdy na piec ekogroszkowy i nie spaliłam chałupy.
Samo malowanie to pikuś,pomijam milczeniem fakt ,że ja lubię jasne kolory i żeby je uzyskać musiałam zamalować fiolety ,pomarańcze ,a nawet jedno wielkie drzewo namalowane na wściekle czerwonej ścianie. Nauczyłam się wieszać lampy,i nie powalił mine prąd :-) milczeniem pomińmy fakt ,że ze trzy razy wywaliłam korki połowie wsi....
To ,że jestem szmaciarą ,stwierdziłam już dawno. Ąle ,że aż tak zaawansowaną ,dotarło do mnie w momencie pakowania .Tgo armagedonu drugi raz nie chcę przeżywać i z mojej wiochy nikt mnie nie ruszy !!
Żeby spakować graty z mieszkania zużyliśmy 42 kartony 30 kilowe z castoramy i ze 30 worków 120 l . Do tego cała reszta... I tu wyszła ze mnie rupieciara. Ile ja ma butelek starych ,lamp naftowych ,aniołow ,pierdół ...masakra. Człowiek sobie uświadamia rozmiar własnego szaleństwa w momencie pakowania tego. Kiedy na środku podłogi rośnie kupa ,stos ,Mount Blanc rzeczy. Książki pakowałam cały wieczór . Po doliczeniu do 1000 dałam sobie spokój. Ale jak je będę rozpakowywać to z samej ciekawości policzę.
Miny panów od targania tego ustrojstwa dwa piętra w dół- bezcenne . Po 40 minutach znoszenia w trzech chłopa samych książek ,zaczeli na mnie dziwnie patrzeć. Jeden nawet zadał cichym głosem pytanie ,czy ja to wszystko przeczytałam??? Nie no oczywiście mam książki ,bo lubię się nacnie gapić jak w telewizor. A propo telewizora ,to go nie mam ,kabel za krótki od anteny hehe. Od trzech tygodni nie wiem co się dzieje na świecie,gdyby nie radio to bym nawet nie wiedziała ,że Papieża już nie mamy.
W ogóle przeprowadzka to był istny cyrk. Nasze rzeczy na dół znosiła nasza Ekipa ,a w górę targali graty w liczbie sztuk ośmiu chłopa ,znajomi babki z którą zamieniłiśmy się na miejscówki. Żałowałam ,że kamerę mam na dnie któregoś z pudeł,bo film był by z tego na miarę oskara. W ekipie drużyny przeciwnej ,czyli wnoszącej rzeczy był MISIEK. Msiek liczył sobie 2 metry 5 cm wzrostu i ważył ,jak się radośnie pochwalił ,po wtargamiu na drugie piętro telewizora kalibru Rubina ,że waży 170 kg. Wchodząc zaliczył dzwona czołem o skos dachowy w moim przedpokoju,przy czym reszta kolegów ,zamiast ratować lecącego Miśka rzuciła się szczupakiem łapać telewizor. Okno na świat ocalili ,Misiek zdemolował pół przedpokoju......wnoszenie i wynoszenie rzeczy na wąskich schodach ,gdzie z trudem mogły minąć się dwie osoby ,przez razem 11 osobników wagi ciężkiej ( nasza profesjonalna ekipa też miała gabaryty nie od parady),okazało się na tyle zadaniem skomplikowanym logistycznie ,że trwało bite 5 godzin. Przez ten czas zdążyłam się utwierdzić w powyższych tezach na swój temat. Po czym przyszła kolej na rzeczy mojej mamy. Panowie od noszenia wymiękli po dwóch szafach mojej prababci. Co prawda rozłożonych ,ale za to dębowych. A to był dopiero początek...
Ktoś musiał przewieźć zwierzaki. A dokładnie 3 koty,psa i glonojada. Taaak. Glonojada. Bo mamy takiego jednego osobnika ,co wypiął się na przprowadzkę i nie chciał opuścić korzenia w akwarium. Całe pozostałe rybkowe towarzystwo przewiozłam dzień wcześniej w wielkim słoju. Tylko glonojad zastrajował . W efekcie trzeba go było razem z korzeniem wsadzić do wiadra z wodą. I tak przewieźć. Z kotami i psem. Padło na mnie i moją mamę. Więc zapakowałam kocie towarzystwo do dwóch kontenerków podróżnych,co spotkało się z ich strony z potężnym protestem ,jak na komendę rozdarły się wniebogłosy. Pies się zdenerwował ,nie chciał wsiąść do auta. Corsa to nie jest sokół milenium i już po drugiej klatce z kotem trzeszczła w szwach. Upchnęliśmy psa. Zaczął do wtóru kocich wrzasków sapać jak szalony. Wepchnęliśmy wiadro z glonojadem. Na co z klatki wychodzi moja mama z półmetrową figurką Matki Boskiej Fatimskiej w objęciach.....
Kierowcom ,ktorzy mijali nas po drodze,gratuluję stalowych nerwów ,że żaden do rowu nie wjechał ,tak się za nami oglądali. Widok mieli zaiste rzadki. Moja mama z ogromną świętą figurą w objęciach,z tyłu wielka morda psa ,z przodu kot na desce ,bo Norka zwiała z klatki ,a do tego ja z szaleństwem w oczach....
Cała akcja skończyła się sukcesem po 8 godzinach ,kiedy panowie z Ekipy wnieśli do naszej nowej wieśniaczej siedziby ostatni karton ,zainkasowali należność i wydarli ekspresem ,żeby nam się przypadkiem nie przypomniało ,czy czegoś nie zostawiliśmy....
A my usiedliśmy wśród góry kartonów ,worków śmieciowych i toreb gospodarczych ,zachwyceni faktem ,że oto jesteśmy Wieśniakami:-)))) Co więcej mieszkamy 100 metrów od Pałacu ,w ogóle w okolicy mamy ich z 5sztuk. Szlachta prawie zaściankowa jesteśmy :-)
Czad!
Z tego to powodu maszyna mi stoi, przez ten czas nawet jej nie dotknęłam i już usycham z tęsknoty za szyciem :-) ale za to inwencja twórcza mi oszalała ,więc w najbliższeym czasie można się spodziewać zalewu nowych wytworów moich łapek.
I czyż można się nie zachwycać, kiedy po przebudzeniu widzi się taki widok na Śnieżkę???
A na koniec ,pamiętacie ,nie ma tak małego koszyczka ,do którego kot nie wsadził by swojej szanownej cztero literowej części ciała?? Nie wiem czemu ,ale ten koszyczek cieszy się olbrzymią popularnością ,i każdy z trójki kociambrów musi go zaliczyć...