Przedświąteczny. Leżym i zdychem. Kupą. Choróbsko nas dopadło.
Szaleństwo przedświąteczne jakoś w tym roku do mnie nie dociera. Żadnych zakupów. Żadnych przygotowań. Mój dom wygrałby w konkursie "Najmniej oświtlona chałupa we wsi". Nie powiem ,że nie oświetlona, bo lampa nad drzwiami jest. Patrząc dookoła zastanawiam się ,czy co po niektórzy sąsiedzi liczą na jakąś nagrodę od energetyki za wysokośc grudniowego rachunku za prąd....jak chcecie do mnie trafić ,to jechać tam gdzie na tym padole oszałamiających iluminacji widzocznych z kosmosu,czarna dziura ziaje. To będzie mój dom.
Nie ruszają mnie mikołaje. Ani paczki prezentów. Ani natarczywe amełykanskie piosnki w sklepach. Dwie i te same w kółko. Zobaczę jeszcze jednego renifera ,to go zastrzelę. Zatkam komin. Albo lepiej wyleję smołę i posypię tłuczonym szkłem . Żeby sobie ten czerwononosy grubas dupsko porysował..
A jednocześnie kocham i uwielbiam Święta. Za zapach żywej choinki ( eko bo kupionej od licencjonowanej plantacji,specjalnie sadzonej w tym celu,ktorą potem zjaram radośnie w kominku ,a nie wyrzucę kiedyś na śmietnik, co by się tysiąc lat rozkładała). Aromat pieczonego sernika. Wieczory spędzane w kuchni na lepieniu pierogów. Śmiech i poczucie bliskości. Radość ,że znów jesteśmy razem i mamy czas by porozmawiać i posłuchać. Za uczucie jakie pozostawia kubek rewelacyjnego grzanego wina ( tiaaaaa bełkoczem po czwartym^^). To nie prezenty są ważne. To My i Nasi bliscy. Bycie razem. Pasterka o północy. (Tak są jeszcze takie kościoły,gdzie ważniejsza jest tradycja a nie przekaz satelitarny zWatykanu).
Uwielbiam widok naszej choinki,całej w ręcznie robionych ozdobach i bombkach ,które ocalały z naszego dzieciństwa. W tym roku wszystkie prezenty robię ręcznie ,sama. Najwyżej ktoś je ciepnie w kąt :)
Snuję się...
Obijam....
Podliczam w myślach rok...
Jestem lekko OMOTANA :)))
Za-Czarowana...
Ale żeby mie było mamy i Renifera pełną mordą:))
wtorek, 17 grudnia 2013
piątek, 13 grudnia 2013
Gdzie byłaś Dziewczynko??
Tak dawno mnie nie było,że chyba nie nadrobię tych zaległości ,co mi się w blogowaniu porobiły...zresztą nie tylko w tym, bo ostatnie 3 miesiące były ,hmmm jak by tu je delikatnie określić, wywrotowe???
Wiele rzeczy w moim skromnym życiu do góry nogami wywróciły,przemieliły przetrawiły i wypluły jak nie przymierzając kot kłaczek bleeee...
Więc ja powoli się podnoszę rozprostowuję ,suszę z tej śliny i wracam .....
Maszyna teraz częściej milczy niż warczy,ja wiele rzeczy układam na nowo. Z drugiej strony cieszę się że do mojego " bajzlu " mam dwa kroki przez korytarz,więc jak mnie najdzie mogę zasiąść i szyć. Choć ostatnio i tu zaległości :)
Bardzo się za Wami stęskniłam, przez te miesiące nie miałam kiedy nawet doczytać waszych postów ,teraz powolutku ogarniam i znów wchodzę w Wasze światy..
Powolutko po cichu ..jak mgła u nas porankiem na łąkach.
Zaległy mam post z 4zlotu e-krawiectwa ,nadrobię ,bo działo się jak zwykle intensywnie ,w świetnym towarzystwie i tfurczo!!
A dziś tak tylko pojawiam się i znikam....:))
Ale wrócę i coś wam wtedy opowiem....
A teraz zobaczcie co to się w dziecięcych rozmarzonych główkach kroi.
Któregoś wieczoru ,siedziałam sobie i szyłam ...wpada Zośka ,TA Zoska i pakuje mi się na kolana obwieszczając ,że ona teraz będzie szyła z ciocią. No baaa, cóż było zrobić.
- A co byś chciała szyć??
-Sukienkę..
-A jaką
-Różową (!!!!)
-To narysuj cioci.
To narysowała. A potem przeleciała jak tornado przez materiały,wstążki ,guziczki ,lamóweczki, wybrała co chciała . Ciocia skroiła . Zosia uszyła. Dokładnie siedziała mi na kolanach ,paluszkami popychała materiał,obcinała nitki,dyktowała co i jak i gdzie ma być . I tak jej się spodobało ,że z rozpędu uszyłyśmy jeszcze czapkę,komin i rękawiczki. Wedle życzenia małej modnisi. I stał się cud bo Zośka nie cierpi szalików ,bo gryzą i "gulają" w gardło. A Zosia komin nosi chętnie. :) całe przedszkole zostało przez nią poinformowane ,że ona to sama uszyła:)))
Zobaczcie efekt :))
A ja Wam miłej nocy życzę
Ps. Poranki u nas wyglądają ostatnio bajkowo i tak przecudnie ,że dzień zaczynam od uwieczniania jednego i tego samego widoku,który wciąż o poranku mnie "rozwala" i pogapienie się na niego pozwala mi wziąśc nadchodzący dzień " na klatę"
Koty wręcz przeciwnie...postanowiły olać rzeczywistość i obudzić się na wiosnę. Nawet się stado powiększyło... Czesław wymiałczał sobie miejsce w domu..
wtorek, 27 sierpnia 2013
Kolorem przemija lato...
Lato powoli odchodzi wraz ze słońcem ,ciepłem i błogim rozleniwieniem. Gdzieś na skraju jaźni powoli czai się nadchodzący zimny czas. Wieczory są jeszcze ciepłe ,ale poranki skłaniają do otulania się ciepłymi materiałami. Ja powoli rozmyślam o wełnach ,dzianinach ,brązie ,oranżu, malinowej albo ceglastej czerwieni. Gdzieś rodzą się pomysły na jesienne sukienki, krystalizują w cieple uciekającego słońca.....
Znać po mnie jesienne depresjonowanie .Tak leciutko w klimacie Cesari Evory. Co ja poradzę,że mimo ,iż jesień piękna jest i bogata kolorami, mi nasuwa już na myśl ZIMĘ....buuuu
I na zdjęciach widać już jesienne kolory. Soczysta zieleń zbrązowiała ,błękit nieba zszarzał, koty wyłysiały...^^ a my się wieśniaczymy,upajamy zapachami :)
Znać po mnie jesienne depresjonowanie .Tak leciutko w klimacie Cesari Evory. Co ja poradzę,że mimo ,iż jesień piękna jest i bogata kolorami, mi nasuwa już na myśl ZIMĘ....buuuu
I na zdjęciach widać już jesienne kolory. Soczysta zieleń zbrązowiała ,błękit nieba zszarzał, koty wyłysiały...^^ a my się wieśniaczymy,upajamy zapachami :)
niedziela, 18 sierpnia 2013
Wyniki candy
Wybaczcie ale trzy dni świętowania urodzin zaburzyło mi równowagę wszechświata,a,spożyta ilość cukru prawie mnie zabiła....:)
Ale dziś zebrałam się do kupy ,policzyłam ,wrzuciłam w maszynę do losowania i włała!
Udział wzięli:
(Losowanie za pomocą randoma,czyli wpisujem liczbę uczestników ,system generuje zwycięzcę)
1. Mnemosyne
2. Hana
3. Felis Inmanis
4. Ewka Eduszka
5. Kingowa
6. Eliza Kaschel
7. Barbaratoja
8. Kretowata
9. Zapomniana Pracownia
10. Monika Magdalena
11. GochaMi
12. Marlena
13. Nitkowy Świat
14. Monia Fioletowa
15. Anna Szyzsa
16. Lapappilon
17. Trojanda
18. Magdalena Wrona
Niniejszym ogłaszam zwycięzcę: nr 15 czyli Anna Szyzsa :)) gratulejszyn!
Proszę na maila adres zloty.kot@ hotmail.com
Jak już wytrzeźwieję z cukru to napIszę wam sprawozdanie z jutrzejszego Uszyj Jasia ,które będzi mutro o 16.00 wRóży Rozprówacz ,we Wrocawiu. A teraz idę ciąć w badmingtona ,trzeba te miliardy kalorii spalić. Z dwóch tortów kurcza. W tym jeden miał ozdoby z cukierków pudrowych i sto lat wyryczane na pół wiochy....przez te dwoe panny ze zdjęcia;)
Ja dochodzę do mistrzostwa w robieniu torta z jagodami. Tym razem bez przebojów:)
Ale dziś zebrałam się do kupy ,policzyłam ,wrzuciłam w maszynę do losowania i włała!
Udział wzięli:
(Losowanie za pomocą randoma,czyli wpisujem liczbę uczestników ,system generuje zwycięzcę)
1. Mnemosyne
2. Hana
3. Felis Inmanis
4. Ewka Eduszka
5. Kingowa
6. Eliza Kaschel
7. Barbaratoja
8. Kretowata
9. Zapomniana Pracownia
10. Monika Magdalena
11. GochaMi
12. Marlena
13. Nitkowy Świat
14. Monia Fioletowa
15. Anna Szyzsa
16. Lapappilon
17. Trojanda
18. Magdalena Wrona
Niniejszym ogłaszam zwycięzcę: nr 15 czyli Anna Szyzsa :)) gratulejszyn!
Proszę na maila adres zloty.kot@ hotmail.com
Jak już wytrzeźwieję z cukru to napIszę wam sprawozdanie z jutrzejszego Uszyj Jasia ,które będzi mutro o 16.00 wRóży Rozprówacz ,we Wrocawiu. A teraz idę ciąć w badmingtona ,trzeba te miliardy kalorii spalić. Z dwóch tortów kurcza. W tym jeden miał ozdoby z cukierków pudrowych i sto lat wyryczane na pół wiochy....przez te dwoe panny ze zdjęcia;)
Ja dochodzę do mistrzostwa w robieniu torta z jagodami. Tym razem bez przebojów:)
czwartek, 15 sierpnia 2013
I want to thank You :))
Długo się zastanawiałam nad tym postem ,a to dlatego ,że często wielu rzeczy nie da się wyrazić słowami. Jedną z nich jest wdzięczność . Ale nie taka ,że trzeba być za coś wdzięcznym i się rewanżować, lecz taka, za pomoc z dobrego serca . Pomoc też trzeba nauczyć się przyjmować:)
Wiecie ,dzięki blogowi ,w moim życiu pojawiło się więcej ludzi bezinteresownych ,życzliwych i przyjaznych ,niż w tzw " realu" . A to niespodzianka nie? Gdzieś tu czasami w eterze lata jakaś magia , i nawet wiem z jakiego miejsca się wywodzi:) Zajrzyjcie na bloga czary-maryś a poznacie współczesną Czarodziejkę.
Maryś z całego serca Ci dziękuję, Ty wiesz za co :)
I pochwalę się logiem ,które dzięki Tobie mam
Tak wygląda Złoty Kot w nowej odsłonie. Tadam!!

Obróbka i uszlachetnianie: www.czary-marys.pl
Logo: project by Czary-Maryś
modelki: Nina,Ruda
Ubrania/torby: Złoty Kot for Manufaktura Rąk
P.s: zabrzmiało profesional? :D
I tym akcentem życzę wam miłego dnia :)
P.s.2 dzisiaj ostatni dzień CANDY
Zgłaszajcie się jeszcze pod tym linkiem , do dzisiejszej 24.00. Wyniki ogłosim 17 sierpnia !!!!
niedziela, 4 sierpnia 2013
Tort z duchami czyli jak gotowanie dziś mnie przerosło....
Młoda kończy znamienne 16 lat ,więc tradycyjnie rodzinna feta,dzikun na stół i mamunia czyli ja,robi torta. Torta robię zawsze sama ,i z reguły dla Młodej jest to tort z czekoladowego ciasta z przepisu na tort sachera ,krem z bitej śmietany i kupa świeżych malin. Porażka zaczęła się od braku malin. Wczoraj wywiało, nie było ich nigdzie,wszystkie zeżarte na krzakach,w sklepach i warzywniakach ani śladu. Koncepcja zmieniła się na jagody. Sytuacja podobna....no co jest grane ,w piątek gdzie się nie obejrzałam ,tam stali z jagodami,mało mi z szafy nie wyskakiwali. A w sobotę nikogo. Następna zmiana koncepcji na borówkę. Bogu dzięki była w biedronce.
I coś mnie podkusiło ,żeby kupić tam śmietanę 30% i serek mascarpone na krem. Piszę tak ,bo ze dwa tygodnie temu ,tamże ową śmietan zakupiłam i mimo trzymania jej w lodówce,wiadomo ,żeby się ubiła, zwarzyła się. Klops. Dziś rano wkurzona jak rzadko( nocne uganianie się za duchem ,o czym zaraz ,bo to dopełni obrazu porażki) zabrałam się za tort. A raczej krem bo ciasto wczoraj upieczone ,udało się na całe szczęście,zresztą ,żeby to ciasto zepsuć trzeba być już specjalistą w tych sprawach. Zmiksowałam sobie schłodzony serek, zmiksowałam sobie schłodzoną śmietankę. Łącze to sobie delikatnie łopatką, a cholerstwo się warzy!!!! No myślałam że mnie szlag trafi!! Masa do kanalizacji ,mąż do sklepu, próba nr 2. Pomyślałam sobie ,dodam jeszcze do kremu białej czekolady ,będzie lepszy. I biorę tę czekoladę, firmy znanej A G,wrzucam na kąpiel wodną,a ona zamiast się rozpuszczać ,zbija się w jakąś cholerną bryłę????! No nie wierzę!! Dobra ,wracam do planu pierwotnego . Wyjmuję mocno schłodzoną śmietankę ,tym razem łaciatą,zaczynam ubijać ,a ona nic. To znaczy ubiła się ,ale nie na sztywno ,tylko tak lekko rzadko. Ręce i wszystko mi opadły....... Dokończyłam ten cholerny krem ,na wszelki wypadek dodałam żelatyny, wysmarowałam tort, poutykałam borówki i do lodówki. Zetnie się myślę. Acha żeby nie czasem... Po kilku godzinach w lodówce nie stężał ani trochę. Bogu dzięki ,że jakoś wyglądał i smakował.
W nocy zaś przydarzyła nam się sytuacja dość niezwykła. Gdzieś nad ranem, w każdym razie ciemno było. Drzwi od sypialni zawsze zostawiam uchylone ,bo Kaziu łazi wte i nazad,to siku to na nocną wyżerkę. No więc są uchylone. Drzwi są z rodzaju tych nowych i nigdy nie skrzypiały. A w nocy obudziło mnie skrzypienie . Wiatr myślę sobie ,ale patrzę drzwi balkonowe i okno zamknięte. Przez głowę mi przemknęła myśl ,że mój małż zwariował ,zamykając okno w taki upał. Po chwili myśl ,no to co rusza drzwiami?? Kaziu?? Śpi w szafie ,widzę jego odnóża, Bimber?? Siedzi na kołdrze...drzwi się nie ruszają ,a skrzypią,jakby ktoś nimi ruszał ,tylko tak na granicy tego dźwięku....więc niewiele myśląc szarpię Maćka
-" Słyszysz??"
- " No słyszę.."
To skrzypienie było nie przerwalne ,tak yyyy iiii yyy iiii....no masakra... I chyba jeszcże do otumanionego snem mózgu nic nie dotarło ,bo wstałam ,otwieram drzwi.....
I nic. Cisza spokój, noc.
Więc tup tup do łóżka . Rano przyszła refleksja ,co to było??? Najdziwniejsze jest to ,że próbowaliśmy ruszać tymi drzwiami na wszelkie sposoby i one w ogóle nie skrzypią.
Więc wniosek jest jeden . Albo upał na mózg nam się rzucił,obopólnie . Albo "coś"nam się zalęgło. Nigdy wcześniej nic się takiego nie działo. Ale dwa dni wcześniej małżonek szanowny przytargał do domu tremo ,które lat ze 25 stało u ciotki w piwnicy. Po prababci. Prezentuje się ,jak na warunki ,w których było całkiem nieźle. Mamunia stwierdziła ,że to pewnie przez lustro, bo stało w pokoju ,gdzie prababcia Mila umarła. No super. I dodam ,że w duch nie wierzę,mocno po ziemi stąpam....yyyy chyba.
A gdyby mimo wszystko chcielibyście skusić się na zrobienie tortu ,podaję przepis. Jak do tej pory przez 16 lat zawsze wychodził :)
Składniki na ciasto:
140g masła
160g cukru
180g czekolady gorzkiej
8 jajek
30g cukru pudru
140g mąki pszennej
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
Skłasniki na krem:
500 ml śmietanki 30% lub 36 %
300 g mascarpone
Opcjonalnie 200 g białej czekolady.
Owoce: maliny,jagody lub borówki dosyć dużo....
Czekoladę połamać na kawałki i roztopić w kąpieli wodnej. Pozostawić do ostygnięcia (ale musi być jeszcze płynna).
Oddzielić białka od żółtek.
Miękkie masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Dalej miksując dodać stopniowo ostudzoną czekoladę. Nie przerywając miksowania dodawać po jednym żółtku.
Białko ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania dodać cukier puder. Białka wmieszać delikatnie do masy czekoladowej. Łopatką.
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia. Wmieszać delikatnie do masy.
Ciasto przełożyć do tortownicy o średnicy 26cm wysmarowanej masłem lub margaryną i posypanej mąką.
Piec w nagrzanym piekarniku ok. 60 min. w temperaturze ok 180 C. Ciasto pozostawić do ostygnięcia. (Można ciasto lekko ostudzić, a następnie odwrócić je do góry dnem, na blat wyłożony papierem do pieczenia. Jak ostygnie to przecinam delikatnie na trzy blaty.
Krem: mocno schłodzone mascarpone ucieramy mikserem. Osobno ubijamy śmietanę na sztywną (!!!) masę. Delikatnie mieszamy łopatką ,aź się ładnie połączą. Włożyć do lodówki na jakąś godzinę,żeby się schłodziło.
Jedną warstwę ciasta smaruję konfiturą pomarańczową ,lub jaką lubimy. Biorę garść jagód/ borówek/ malin i z pół szkalnki cukru, na patelnię,chwilę trzymam na ogniu aż owoce puszczą sok a cukier się rozpuści. Studzę i smaruję drugą warstwę ciasta. Przekładam kremem. Smaruję z wierzchu i pobokach kremem i układam gęsto owocę. I do lodówki na co najmniej godzinę. Wiecie - żeby stężało....
Jemy...
I na koniec przypominam o CANDY :))
Miłej niedzieli wszystkim życzę :)))
I coś mnie podkusiło ,żeby kupić tam śmietanę 30% i serek mascarpone na krem. Piszę tak ,bo ze dwa tygodnie temu ,tamże ową śmietan zakupiłam i mimo trzymania jej w lodówce,wiadomo ,żeby się ubiła, zwarzyła się. Klops. Dziś rano wkurzona jak rzadko( nocne uganianie się za duchem ,o czym zaraz ,bo to dopełni obrazu porażki) zabrałam się za tort. A raczej krem bo ciasto wczoraj upieczone ,udało się na całe szczęście,zresztą ,żeby to ciasto zepsuć trzeba być już specjalistą w tych sprawach. Zmiksowałam sobie schłodzony serek, zmiksowałam sobie schłodzoną śmietankę. Łącze to sobie delikatnie łopatką, a cholerstwo się warzy!!!! No myślałam że mnie szlag trafi!! Masa do kanalizacji ,mąż do sklepu, próba nr 2. Pomyślałam sobie ,dodam jeszcze do kremu białej czekolady ,będzie lepszy. I biorę tę czekoladę, firmy znanej A G,wrzucam na kąpiel wodną,a ona zamiast się rozpuszczać ,zbija się w jakąś cholerną bryłę????! No nie wierzę!! Dobra ,wracam do planu pierwotnego . Wyjmuję mocno schłodzoną śmietankę ,tym razem łaciatą,zaczynam ubijać ,a ona nic. To znaczy ubiła się ,ale nie na sztywno ,tylko tak lekko rzadko. Ręce i wszystko mi opadły....... Dokończyłam ten cholerny krem ,na wszelki wypadek dodałam żelatyny, wysmarowałam tort, poutykałam borówki i do lodówki. Zetnie się myślę. Acha żeby nie czasem... Po kilku godzinach w lodówce nie stężał ani trochę. Bogu dzięki ,że jakoś wyglądał i smakował.
W nocy zaś przydarzyła nam się sytuacja dość niezwykła. Gdzieś nad ranem, w każdym razie ciemno było. Drzwi od sypialni zawsze zostawiam uchylone ,bo Kaziu łazi wte i nazad,to siku to na nocną wyżerkę. No więc są uchylone. Drzwi są z rodzaju tych nowych i nigdy nie skrzypiały. A w nocy obudziło mnie skrzypienie . Wiatr myślę sobie ,ale patrzę drzwi balkonowe i okno zamknięte. Przez głowę mi przemknęła myśl ,że mój małż zwariował ,zamykając okno w taki upał. Po chwili myśl ,no to co rusza drzwiami?? Kaziu?? Śpi w szafie ,widzę jego odnóża, Bimber?? Siedzi na kołdrze...drzwi się nie ruszają ,a skrzypią,jakby ktoś nimi ruszał ,tylko tak na granicy tego dźwięku....więc niewiele myśląc szarpię Maćka
-" Słyszysz??"
- " No słyszę.."
To skrzypienie było nie przerwalne ,tak yyyy iiii yyy iiii....no masakra... I chyba jeszcże do otumanionego snem mózgu nic nie dotarło ,bo wstałam ,otwieram drzwi.....
I nic. Cisza spokój, noc.
Więc tup tup do łóżka . Rano przyszła refleksja ,co to było??? Najdziwniejsze jest to ,że próbowaliśmy ruszać tymi drzwiami na wszelkie sposoby i one w ogóle nie skrzypią.
Więc wniosek jest jeden . Albo upał na mózg nam się rzucił,obopólnie . Albo "coś"nam się zalęgło. Nigdy wcześniej nic się takiego nie działo. Ale dwa dni wcześniej małżonek szanowny przytargał do domu tremo ,które lat ze 25 stało u ciotki w piwnicy. Po prababci. Prezentuje się ,jak na warunki ,w których było całkiem nieźle. Mamunia stwierdziła ,że to pewnie przez lustro, bo stało w pokoju ,gdzie prababcia Mila umarła. No super. I dodam ,że w duch nie wierzę,mocno po ziemi stąpam....yyyy chyba.
A gdyby mimo wszystko chcielibyście skusić się na zrobienie tortu ,podaję przepis. Jak do tej pory przez 16 lat zawsze wychodził :)
Składniki na ciasto:
140g masła
160g cukru
180g czekolady gorzkiej
8 jajek
30g cukru pudru
140g mąki pszennej
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
Skłasniki na krem:
500 ml śmietanki 30% lub 36 %
300 g mascarpone
Opcjonalnie 200 g białej czekolady.
Owoce: maliny,jagody lub borówki dosyć dużo....
Czekoladę połamać na kawałki i roztopić w kąpieli wodnej. Pozostawić do ostygnięcia (ale musi być jeszcze płynna).
Oddzielić białka od żółtek.
Miękkie masło utrzeć z cukrem na puszystą masę. Dalej miksując dodać stopniowo ostudzoną czekoladę. Nie przerywając miksowania dodawać po jednym żółtku.
Białko ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania dodać cukier puder. Białka wmieszać delikatnie do masy czekoladowej. Łopatką.
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia. Wmieszać delikatnie do masy.
Ciasto przełożyć do tortownicy o średnicy 26cm wysmarowanej masłem lub margaryną i posypanej mąką.
Piec w nagrzanym piekarniku ok. 60 min. w temperaturze ok 180 C. Ciasto pozostawić do ostygnięcia. (Można ciasto lekko ostudzić, a następnie odwrócić je do góry dnem, na blat wyłożony papierem do pieczenia. Jak ostygnie to przecinam delikatnie na trzy blaty.
Krem: mocno schłodzone mascarpone ucieramy mikserem. Osobno ubijamy śmietanę na sztywną (!!!) masę. Delikatnie mieszamy łopatką ,aź się ładnie połączą. Włożyć do lodówki na jakąś godzinę,żeby się schłodziło.
Jedną warstwę ciasta smaruję konfiturą pomarańczową ,lub jaką lubimy. Biorę garść jagód/ borówek/ malin i z pół szkalnki cukru, na patelnię,chwilę trzymam na ogniu aż owoce puszczą sok a cukier się rozpuści. Studzę i smaruję drugą warstwę ciasta. Przekładam kremem. Smaruję z wierzchu i pobokach kremem i układam gęsto owocę. I do lodówki na co najmniej godzinę. Wiecie - żeby stężało....
Jemy...
I na koniec przypominam o CANDY :))
Miłej niedzieli wszystkim życzę :)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































