środa, 22 stycznia 2014

Dress na stres

I tak ,nadszedł ten wielkopomny moment ,kiedy z czystym sumieniem mogę powiedzieć, Burda się popisała. Tę kurteczkę z dresówki uszyłam na wyraźne życzenie dziecięcia mego. I o dziwo,nic nie musiałam przerabiać. Parę zmian wprowadziłam i wszystko gra. W lekkim więc szoku jestem ,bo do tej pory to co wykrój z Burdy ,to ja w spazmy i więcej przerabiania,dopasowywania ,niz to warte. Dlatego wolę szyć na swoich kilku podstawowych wykrojach ,jako baza, przerabiając tylko ku ogólnej uciesze tłumów:)
Burda 11/2013 model 117. Malina
Czuwaj!







wtorek, 21 stycznia 2014

Yes Dress na Stress

Czyli pokutna szata.
Za pomocą Czarodziejskiej Maryś ,weszłam w posiadanie dużej ilości cudnej dresówki ,ciepłej i miłej jak kocie futerko. I teraz będę katować ją do oporu. Na pierwszy rzut poszła sukienka. Tak ją trochę pociąć trzeba było ,co by nie odstawała jak wór pokutny. Egzamin przeszła ,nosi się wybitnie wygodnie w te zimowe dni. Skonstruowałam też bluzę oversizową. Ale tę muszę sfocić na sobie, bo moja modelka wygląda w niej nieco pokracznie.
Sukienka to rozmiar 42 bo prototypy szyję na siebie. Jakoś tak mi łatwiej .Wrzucę na grzbiet i wiem ,czy się w tym chodzić da. Można powiedzieć ,że będzie to jakaś dresowa kolekcja:)
U nas wściekła zima ,choć jak czytam co tam u dziewczyn pozamarzało ,to jednak my mamy jakąś kulturalniejszą tą zimę tej zimy. Przynajmniej na razie.
Zamykam się w pracowni ,oglądam jedynie niebo i padający puszek biały ( jak topnieje i zamienia się w breję ,staram się nie oglądać.) Robię sobie odżywki na włosy ,domowe, co bym na wiosnę powaliła urodą okoliczne formy życia(sarny na przykład??) . Odżywiam się korzonkami i robionymi sokami, co by jednak rozmiar zmienić. A do tego uczę się rosyjskiego. Z dzieckiem . I dla siebie. I fizyki. To już nie dla siebie.
No i szyję....koty też jakoś tak zimowo czas spędzają. Wpychają mi się do kartonów z materiałam ,a jak już się wepchną to śpią całymi dniami.
Czekam na wiosnę...
A dwa dni temu na skalniaku szaleństwo! Kwiat:)


Z braterskim pozdrowieniem
K.











środa, 15 stycznia 2014

Patchworkowa kapa z lnu- uwolniona.

Z perspektywy szycia- len i patchwork ,to jest wyzwanie. Przesuwa się to to i nie chce być prosto,uciąga ,nacięga. Ale dałam radę i kapa jest :) co prawda szycie szło opornie z przygodami typu zapalenie uszu (u córy) i pęcherza ( a jakże u mnie) ,ale jesteśmy już u bram.
Cała kapa powstała z kilku dziwnych kawałków lnu ,który dostałam razem z innymi materiałami od rodzinki w ramach ich przedświątecznych porządków. Len poszedł do prania i został zadysponowany na sypialnianą kapę. Już prawie mi ta sypialnia zaczyna przypominać tą wymarzoną,jeszcze tylko muszę tej dziadowskiej wykładziny się pozbyć. Bo psuje cały efekt....a ma być w stylu skandynawskim. Czyli biała ,jasna ,naturalne tkaniny ,drewniana podłoga i takie inne duperele. :)
Jak zwykle przy szyciu mam wiernych pomocników. Nora wypróbowała miękkość i przydatność do spania istwierdziła ,że fajnie jest. Kapa jest od spodu podszyta polarem,żeby mogła pełnić też rolę dodatkowego przykrycie ,bo co tu dużo mówić ,ponoć w końcu zima będzie. A sama kapa to 160 kwadratów i 48 trójkątów...
P. S. Co prawda żaden kot nie jest złoty,ani nawet rudy,ani nawet żółty,ale jak widać dzielnie pomagają. Co prawda głównie śpiąc i kradnąc nitki,ale kto by się tam czepiał....
Z szyciowego frontu pozdrawiają: Kapral Bimber, major Kaziu i akuszerka Norka.
No i ja:)














piątek, 10 stycznia 2014

Uwalniamy pufy bo skamlały o łaskę

Ja to tak mam jak się dorwę do szycia ,będź bloga to leci hurtem . Po czym przechodzę w stan zawieszenia.
Porobiłam sobie zdjęcia stoliczka rano i doszłam do wniosku ,że pufy mi już nie pasują. Jakieś banalne są. To je odnowiłam za pomocą pokrowca ,uszytego a jakże z uwolnionych tkanin.
Nie gadam pokazuję....
W tle drugiego zdjęcia widać brzydkie pufy ,które jednak dużą estymą moj małżonek darzy.
Potem proces tfurczy i efekt końcowy. Dwa posty na dzień. Rozpusta...













Jak co roku dłamatycznie na początek...więc pouwalniajmy tkaniny

Jakoś mnie nie nastroiło świątecznie-noworocznie mimo bigowskiej choinki. Muszę odnaleźć się w nowej rzeczywistości,która jak zwyklę woltę wykonała i mnie wykopała w kosmos. No ale cóż . Se la vie. Z tej racji coś mi się poprzestawiało w organiźmie i spać nie mogę. Plus tej sytuacji jest taki,że z maszyną się pogodziłam . A to nastraja mnie optymistycznie i wręcz czasem uskrzydla. Bo nie ma nic lepszego jak pozachwycać się własnymi talentami :) no co taki domowy X-Factor^^. A szczególnie w sytuacji ,kiedy inni się nami mało zachwycają :p. Korzystam z przeniesienia pracowni w domowe progi i szyję o najbardziej walniętych godzinach ,bo kto mi zabroni?? No i szyję znacznie częściej to, co naprawdę mam ochotę szyć ,a nie to co " muszę" . To też taka przewrotność. Niestety ,narazie moja etetowa modelka albo nie wygląda zdjęciowo ,bo chora ,albo ma tyle zajęć ,że na modeling czasu nie starczy. Więc zdjęć mało. W samojebkach raczej mistrzostwa nie osiągnę,więc daruję sobie zalew bloga zdjęciami z łazienkowego lustra:)
Wszelakie ostatnie szycie to uwalnianie tkanin ,których niedługo nie będę miała gdzie upychać. A są na tym świecie różni dobrzy ludzie ,którzy mi przynoszą zalegające materiały - po babci ,cioci lub przy okazji porządków przedświątecznych. Więc muszę je wyszywać :)
Efekt mojej wątpiwej maszynowej nadpobudliwości to chociażby wczorajszy pokrowiec na zjarany ikeowski stolik lack,który ,co prawda 19 zł kosztował ,ale szkoda wyrzucić(ehhh eko...) i trzeba mu było wygląd zacny przywrócić. Szczególnie ,że pełni rolę stolika nocnego. Więc budząc się rano przeżywałam katusze.
A więc pierwsza- odsłona stolika ikea lack ,model zjarany po przejściach:
Odsłona druga- torba ( dla mnie osobiście:)) ze starej skórzanej kurtki:
Odsłona trzecia - pokrowiec na wydrapany przez koty kosz ,który zaburzał moje poczucie estetyki:
Odsłona czwarte : uwolnić Bimbra!!!
Odsłona piąta- tyle jeszcze tkanin do uwolnienia!

Z wietrznym górskim pozdrowieniem
Happy New Year ...z poślizgiem ale szczerze:)














poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wiesiek! Nie dam cię zarżnąć.....!!!!

Czyli krótka kariera karpia w naszym domu.
Wczorajszym niedzielnym rankiem wpada do chałupy Mąż z wyrazem twarzy wielce skonsternowanym . Wyciąga przed siebie rękę z ociekającą wodą reklamówką i przepraszającym głosem rzecze:
- Prezent.
- Jaki prezent?- pytam podejrzliwie.
- No dostałem....
-Od kogo i co???
- od Wowki.... - Wowka to lokalny bonzo stawów hodowlanych . Zaczęły się lęgnąć we mnie straszliwe podejrzenia...
Na co wpada Dziecię moje i z radosnym okrzykiem:
- Co masz???- dopada Tatusia i reklamówki.
- KARP???????
- o rzesz.....-to ja.
- Żywy!!!!- dziecię pobiło rekord w decybelach ,dając wyraz swemu oburzeniu.
- No dał ,to co miałem zrobić?- tak kochani ,odwieczny dylemat faceta.
Rany ,nigdy karpia nie jadamy, to po pierwsze. Nikt nie lubi. Ale żywy??? I co ja z nim mam niby zrobić???
Dziecię z okrzykiem straszliwym wyrwało ojcu reklamówkę z żywym karpiem ,pogalopowało rączo w kierunku łazienki ,sapiąc gniewnie. Wchodzę za nią . Wyciągnęła plastikową skrzynię ,nalała wody ,wrzuciła karpia i siedząc nad nim, mamrotała:
- Wiesiek ,nie martw się , w tym domu nikt cię nie zabije.....
Wczorajszy dzień karp przemieszkał w łazience . Szanowny Małżonek głowił się ,jak być łaskawym oprawcą. Po czy dziś rano wziął Wieśka pod pachę i zaniósł naszemu sąsiadowi Mieciowi ( lokalny szaman ,egzorcysta i bimbrownik, jak ktoś czytał Pilipiuka księżki o Jakubie Wędrowyczu,ten wi o co biga).
Mieciu się ucieszył jak dzik na święto lasu,a my unikneliśmy scen krwawego mordu.
I nie, żebyśmy wege byli czy ,cos. Po prostu to taka balamutna filozofia. W sklepie kupujemy rybę ,ale jak mamy sami ją zarżnąć....to taki efekt :)
Karpia więc wigilijnego mieć nie będziemy. Za to choinkę mamy mega . Parę dni temu niesmiało się zapytałam ,czy w tym roku możemy mieć trochę większą, niż zazwyczaj. Zazwyczaj była taka malutka w doniczce. No i się chłop postarał i przytargał chyba największą choinkę jaką mieli w sprzedaży. Trzeba ją było skracać bo się nie mieściła:)) Ale całe szczęscie ,szytych ozdób u nas dostatek ,więc nie jest łysa przynajmniej. A że pół salonu zajmuje.....
Świąteczny nastrój więc nastał po całosci. A ja siedzę i szyję prezenty.
Wesołych Świąt Wam wszystkim życzę i oby wam się najcudowniejsze,najpiękniejsze i najbardziej wymarzone marzenia spełniły :)))))
K.



piątek, 20 grudnia 2013

O szyciu dla siebie. Tak dla odmiany.

W końcu to podobno blog o szyciu :)
Przejrzałam ostatnio swoją szafę i się lekko załamałam. A nawet cięzko. Nie mam w czym chodzić!!!
Więc postanowiłam odmienić ciężki los mojej szafy ( musi znosić moje co poranne wzdycha i i złożeczenie, że nie mam w czym chodzić :). Najpierw poszalałam u Maryś, potem w sklepach z materiałami. I w wielkim kartonie ,w którym mam własnie masę rzeczy do przerobienia. Mam taką kochaną ciocię w Amełyce, która zbiera mi rózne rzeczy i wysyła. Do szycia oczywiście. Kiedyś o tym napiszę,bo to się na osobny post nadaje ,co można na garazowych wyprzedażach za 1$ kupić.
Ale do rzeczy. W ostatniej paczce była spódnica maxi z przepięknego szantungu w kolorze spatynowanego złota. Nie wiem czy jest taki kolor ,ale mi nic innego na okreslenie nie przychodzi do głowy. Ewentualnie złota musztarda. Najważniejsze ,że i kolor i materiał boski. Do tej pory nie miałam nic z jedwabiu , zatem postanowiłam poczuć się jak hurysa.
Żałuję tylko ,ze nie zrobiłam zdjęcia spódnicy przed pociachaniem jej, ale od razu polecialam do maszyny. Spódnica była z 6 klinów ,wychodziło półkole. W każdym razie ,ze spódnicy roz 34 wyszła sukienka roz 42. I to jeszcze w miarę luźna. Wykrój robiłam sama ,ameryki drugi raz nie odkryłam, założeniem był fason jak w latach 70 tych . Pudełkowaty z pęknięciem na dekolcie. Rękawy długie i na plecach zamek kryty.
Z tym szyciem to u mnie taki mus . Bozia wzrostu dała 180 cm ,a zapomniała pouczyć koncerny odzieżowe ,że tacy ludzie istnieją. W efekcie zawsze mam za krótkie rękawy i talię na wysokości biustu. Jak znajdę coś w sklepie ,to tylko w jakiś drogich firmach, inne nie przewidują wzrostu powyżej 175 cm . Więc z reguły omijam sklepy ,po co się wkurzać.
Po czym wlazłam na sklep internetowy i spłukalam się na przecudną, boską dzianinę dresową ze srebrną nitką. Szaleństwo! I od razu uszyłam dwie sukienki. Tym razem też zmajstrowałam je sama. A wenę miałam niczym Picasso, bo dwie uszyłam jednego wieczoru. Co prawda ledwo dziś na oczy patrzę i wyglądam jak zmora, więc zdjęcia na mnie nie będzie. Muszę się zregenerować ,ufryzować i trzasnę wtedy zdjątka z rąsi. Tak zwane "samojebki.". To dziecko mnie pouczyło ,że tak to się zjawisko nazywa. Może nawet zrobię dziubek i wsiądę do windy jakiejś osiedlowej . Ponoć to modne wśród celebrytów naszych rodzimych. Samojebki w windzie.
Obie sukienki są na bazie reglanowego rękawa,bo takie wręcz uwielbiam. Pierwsza jest prosta w kroju z lekkim przewężeniem w talii, kieszeniemi ukrytymi w bocznym szwie , i takim czymś odcinającym ,żeby coś się "działo". Druga dość mocno rozszerzana ku dołowi ,ale na samym dole weszły zaszewki klinowe,które zebrały dół ,tworząc zarys bombki. Obie surowo wykończone ,bo strasznie mi się podobała ta spodnia pętelka. Wykończenia obszyłam zygzakiem ,nicią w koloże dzianiny ,żeby się nie siepały. I oto efekt:
Smacznego:))